Na tropie
Od pewnego czasu do kryminałów podchodzę ostrożnie – więcej z nimi problemów, niż radości, a o inteligentnej intrydze i błyskotliwych bohaterach już prawie zapomniałam. Kiedy wydawnictwo Marginesy zaczęło kusić nowym nazwiskiem pisząc, że wciąga bardziej niż Nesbø (…) poczułam się tak mało zachęcona, że zupełnie zapomniałam o Ofierze bez twarzy. Dopiero po przeczytaniu wielu, wielu zachwytów ze strony blogerów postanowiłam zaryzykować i sprawdzić czy Stefan Ahnhem przekona także mnie. Co z tego wyszło?
Fabian Risk nie
jest może alkoholikiem, ale jak przystało na policjanta ma spore problemy w
życiu rodzinnym. Oddalił się od żony, a starsze z dzieci, Theo, woli siedzieć w
pokoju i słuchać Marylin Mansona, niż porozmawiać z ojcem. Rozwiązaniem na ich
problemy ma być przeprowadzka do rodzinnego miasta Fabiana, w którym Riskowie mają
się cieszyć urlopem. Niestety bohater postanawia zmienić plany, gdy tylko
dowiaduje się o brutalnym morderstwie, do którego doszło w jego starej szkole.
Ofiarą okazuje się kolega z klasy.
Chociaż Ahnhem
wykorzystuje pewne klisze, jak powrót do dzieciństwa, prześladowanie słabszych
oraz (tak, bez tego nie można się obejść) policjant pracoholik, który
zaniedbuje rodzinę na rzecz sprawy, udaje mu się wykorzystać je w sposób
twórczy i, co najważniejsze, nie trącający myszką. Pomimo że znam te motywy
doskonale, nie odniosłam wrażenia, że autor wplata je w powieść bezmyślnie,
byle tylko zbudować na czymś bazę swojej powieści. Choć pewne zagrania są
oczywiste, a zaznajomiony z gatunkiem czytelnik w kilku miejscach będzie
wiedział, czego się spodziewać, Ahnhem sprawnie łączy to, co znane z tym, co
świeże. Dzięki temu udaje mu się nie tylko nie znudzić fanów kryminału, ale
także wciągnąć ich w sam środek akcji.
Autor
postanawia poprowadzić akcję powieści wielotorowo, choć narrator przez prawie
cały czas jest trzecioosobowy. I chociaż jestem wielką fanką techniki punktów
widzenia, tak w tym przypadku doskonale sprawdza się wycofany i wszystkowiedzący
głos, który pozwala czytelnikowi przyjrzeć się sprawie z pewnego oddalenia.
Powód jest jeden – pomimo że głównym bohaterem jest Fabian Risk, Ahnhem nie
śledzi jego losów przez cały czas, umożliwiając nam poznanie całej grupy
zajmującej się sprawą. Nie oddaje im jednak głosu, nie dzieli ich na kolejne
rozdziały. Zamiast tego sprawia, że postrzegamy ich jako jedność, jako zgranych
pracowników, którzy do perfekcji opanowali współpracę ze sobą. Jedynym
elementem tej grupy, który postanowił się odłączyć, jest oczywiście Fabian. Mamy
więc pewnego rodzaju walkę jednostki z kolektywem. I chociaż przyzwyczajeni
jesteśmy do indywidualistów, którzy zawsze mają rację i nie informują o niczym
swoich przełożonych, w przypadku Ofiary bez twarzy nie jest to tak
oczywiste. To kolejne wykorzystanie stereotypu, które Ahnhemowi wychodzi
niesamowicie dobrze.
Czym byłby
jednak kryminał, bez intrygi, bez tajemnicy? Autor i tutaj sprawił się na
medal, choć każdy, kto przeczytał choćby kilka kryminałów z łatwością zauważy
momenty, w których Ahnhem próbuje zmylić trop. Nie mogę jednak powiedzieć, bym
przejrzała wszelkie zamiary zarówno policji jak i mordercy. Choć Ofiara bez
twarzy nie pozostawiła mnie ze szczęką opuszczoną do samej ziemi, nie
odczuwam żadnego, nawet najmniejszego zawodu związanego z intrygą. Dlaczego? Bo
każdy element układanki zaczynał pasować do reszty dokładnie w tym momencie, w
którym trzeba – nie szybciej i nie później. To okropne uczucie, gdy wiesz kto i
dlaczego zabił dużo szybciej, niż bohaterowie powieści. Tym razem coś takiego
nie miało miejsca. Autor podsuwa nam pod nos tropy, które łączymy ze sobą z
łatwością, lecz to samo robi policja. Dzięki temu czytelnik uczestniczy w
akcji, jest zadowolony z własnej błyskotliwości i nie uważa śledczych za
idiotów. Każdy wygrywa.
Ofiara bez twarzy ma jednak swoje minusy, a właściwie minus.
Nietrudno się domyślić, że jest nim Fabian Risk Nie polubiliśmy się od
początku, jednak z biegiem czasu było coraz gorzej. Inteligentny choć porywczy,
niby błyskotliwy a nie zauważający najprostszych sygnałów. I przede wszystkim
próbujący działać na własną rękę, co ani jemu, ani jego kolegom raczej nie
wychodzi na dobre. Risk to przykład policjanta, który w życiu radziłby sobie
dużo lepiej, gdyby od czasu do czasu użył mózgownicy i zaczął liczyć się z
innymi ludźmi. Niestety ani jego żona, ani przełożona nie są w stanie wyegzekwować
od niego chwili uwagi, która mogłaby mieć zbawienny wpływ na jego życie i
pracę. Jednak o ile Risk prezentuje się średnio, tak reszta bohaterów wypada
świetnie. Są pełnokrwiści, ambitni, każdy z jakimś zapleczem doświadczeń. Aż
chciałoby się, żeby szybko przyćmili Fabiana.
Ofiara bez twarzy to naprawdę solidny kryminał, w którym autor
doskonale rozprawia się z kliszami gatunku, odświeżając je i pokazując ich
mocne strony. To dobrze wykreowani bohaterowie, śmiałe choć subtelne obserwacje
społeczne i świetna intryga. Czego chcieć więcej?
Moja ocena:
Za możliwość rozprawienia się z tajemniczym mordercą dziękuję
Autor: Stefan
Ahnhem
Tytuł: Ofiara
bez twarzy
Data wydania:
16.02.2016
Wydawnictwo:
Marginesy
Liczba stron:
528