środa, 11 maja 2016

"To ja byłem Vermeerem. Narodziny i upadek największego fałszerza XX wieku" Frank Wynne - recenzja




 O sztuce fałszerstwa


Czym różni się geniusz od zwykłego artysty? Kto ma prawo orzekać o wielkości twórcy i jak długo musimy czekać, by nazwać obraz czy utwór arcydziełem? Człowiek od wieków spiera się z historią i różnymi środowiskami artystycznymi, by wyznaczyć dzieło niezaprzeczalnie doskonałe, świadczące o boskiej iskrze, umiejętnościach przekraczających ludzkie pojęcie. Pewne nazwiska stały się ikonami, uznawanymi bezdyskusyjnie za Artystów przez wielkie A. Co jednak jeśli znajdzie się ktoś, kto w sposób wręcz mistrzowski, a jednocześnie sprytny, wykorzysta zamiłowanie człowieka do wielkich nazwisk? Gdy perfekcyjnie dopracuje nie tylko dzieło, ale także sygnaturę? Wtedy powstaje fałszerstwo – idealne wykorzystanie własnych umiejętności i ludzkiej naiwności.




Henricus van Megeeren (znany jako Han) okazał się fałszerzem prawie doskonałym, człowiekiem, w którym pragnienie wielkości kłóciło się z pragnieniem zemsty. W pewnym momencie te dwa uczucia przestały się zwalczać i zaczęły współpracować, tworząc prawdziwą mistyfikację, która miała nie tylko doprowadzić artystę do największych muzeów Holandii, ale także zniszczyć wiarygodność jego śmiertelnych wrogów – krytyków. To ja byłem Vermeerem jest historią niedocenionego malarza, który fałszerstwo wyniósł na poziom sztuki.



Losy van Megeerena mogłyby wzruszyć niejednego czytelnika. Młody Han, zakochany w malarstwie, pragnął jedynie akceptacji ojca, który – jak przystało na pragmatycznego nauczyciela – oczekiwał od swoich dzieci czegoś więcej, niż wielkich marzeń o malarstwie. Doskonałym przykładem jego nieustępliwości jest historia najstarszego z rodzeństwa, Hermanna, który pomimo ucieczki z seminarium i wielkiej niechęci do przyjęcia święceń,  został tam odesłany z powrotem przez własnego ojca, który już niebawem miał dowiedzieć się o jego śmierci. Nieustępliwość Henricusa seniora była jednak tak wielka, jak chęć wolności jego syna. Henricus junior już niebawem miał zajmować się malarstwem, całkowicie zaniedbując naukę architektury, na którą z bólem zgodził się pragmatyczny rodzic. Han bardzo szybko odnalazł się w artystycznym światku, choć więcej czasu spędzał na piciu i balowaniu z przyjaciółmi, niż malowaniu. Jego życie szybko nabrało rozpędu, gdy poznał swoją pierwszą żonę – kobietę, która jako pierwsza uwierzyła w jego talent i utwierdziła w przekonaniu o jego wielkości.



Wynne przedstawia nam van Megeerena jako malarza, który urodził się w niewłaściwym czasie. Rok 1889, w którym Han pojawił się na świecie, był istotny dla współczesnego malarstwa. To rok, w którym Picasso stworzył swoje pierwsze dzieło, w którym Matisse wstąpił do klasy malarstwa, w którym Gauguin odstąpił od impresjonistów. Jednak dla van Megeerena sztuka współczesna była równie istotna, jak zeszłoroczny śnieg. Była to jedna z przyczyn, dla których nie był w stanie zadowolić krytyków swoją twórczością, która w ich mniemaniu była ładna, choć mało oryginalna. Drugim z powodów było ogromne zamiłowanie Hana do cudzych żon. Artysta bardzo szybko przekonał się, że nie powinien znieważać krytyka, bo krytyk nie pozostanie mu dłużny.



Autor w sposób niesamowicie wciągający i barwny opisuje postać, która zachwyca i zniesmacza jednocześnie. Zachowanie van Megeerena – patologicznego kłamcy, alkoholika i morfinisty, doskonałego malarza, pełnego samozaparcia, by ośmieszyć swoich wrogów – jest zarówno skandaliczne i fascynujące, a przy tym zmuszające do zastanowienia nad naturą człowieka. Jak wielkie może być przekonanie o własnej wielkości i jak ogromna może być nienawiść do ludzi, którzy tego samozwańczego geniusza mieszają z błotem? Han, który okazał się zdolnym choć leniwym twórcą, wzniósł się na wyżyny swoich umiejętności malarskich i chemicznych, nie tylko po to, by zdobyć pieniądze, ale przede wszystkim w celu zniszczenia autorytetów, które śmiały skreślić jego talent. To ja byłem Vermeerem jest zaskakującym portretem malarza zdolnego do wszystkiego, by osiągnąć zamierzony cel.



Frank Wynne, chociaż w żaden sposób nie usprawiedliwia van Megeerena, również niezbyt pozytywnie przedstawia krytyków i historyków sztuki, zachwyconych doskonale podrobioną sygnaturą i ślepo podążających za genialnym fałszerzem, który z łatwością wprowadził ich w misternie zastawiona pułapkę. Autor wprost mówi o artystycznym światku jako o wiosce, w której wszyscy wszystko wiedzą, a osoba z zewnątrz nie ma możliwości, by przedostać się do tego hermetycznego środowiska. Popadający w samozachwyt krytycy, będący tak naprawdę jedynym sędzią orzekającym o znaczeniu danego dzieła dla historii sztuki, nie nauczyli się jednak niczego z lekcji, którą pragnął przekazać im van Megeeren.



To ja byłem Vermeerem jest zaskakująco wciągającą zbeletryzowaną biografią, którą z przyjemnością połknęłam w jeden dzień. Cudownie nakreślona postać niedocenionego artysty i utalentowanego fałszerza, historia rodem z hollywoodzkiego filmu i wielka sztuka, będąca w samym środku akcji. Smakowita rzecz – nie tylko dla wielbicieli Vermeera.

Moja ocena:

7,5/10
Za możliwość przeczytania historii wielkiego fałszerza i rasowego łgarza dziękuję


Autor: Frank Wynne
Tytuł: To ja byłem Vermeerem. Narodziny i upadek największego fałszerza XX wieku.
Data wydania: 10.05.2016 (wznowienie)
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 280