czwartek, 15 października 2015

"Dygot" Jakub Małecki - recenzja

 A Słowo stało się ciałem...

 



Słowa mają magiczną moc – potrafią pocieszyć, wzruszyć, zranić a nawet zniszczyć życie. Bohaterowie Dygotu Jakuba Małeckiego przekonują się o tym na własnej skórze. Słowa, które utkwiły w ich umysłach niczym ziarno w glebie, szybko zaczynają pęcznieć, podlewane szarością każdego kolejnego dnia, niepewnością i strachem o siebie i najbliższych. Rosną w zatrważającym tempie zatruwając każdą zdrową komórkę, by w końcu rozszarpać człowieka u kresu sił.




Jan Łabendowicz został przeklęty – uciekająca z Polski Niemka, kobieta, która od tej pory będzie śnić się Janowi po nocach, przeklina jego nienarodzone dziecko. Gdy dochodzi do rozwiązania ciąży, mężczyzna słyszy cichy głos swojej żony, który każe mu udusić syna. Wiktor urodził się bezbarwny. Być może w wielkim mieście nikt nie przejąłby się innością chłopca, jednak na prowincji niczego nie da się ukryć. Od tej pory nawet ksiądz podczas niedzielnej mszy będzie podżegać chłopów, by zniszczyli wysłannika diabła.



Historia Bronka Geldy jest podobna. Klątwa rzucona przez Cygankę, której mężczyzna pożałował pieniędzy, dopada jego ukochaną córeczkę. Dziewczynka zostaje poparzona w wybuchu granatu. Od tamtej pory co noc modli się o gładką skórę.



Doskonale wiemy, że losy tych dwóch rodzin się połączą. Wiemy też, że nie ma tu miejsca na happy end.



Małecki przedstawia losy dwóch rodzin na przestrzeni prawie siedemdziesięciu lat. Rozpoczynając powieść w roku 1938, tuż przed wybuchem II wojny światowej, a kończąc ją w XXI wieku, autor decyduje się na poważny mariaż z historią i kulturą Polski, co wychodzi mu przede wszystkim subtelnie, acz sugestywnie. Bohaterowie żyją w niespokojnych czasach, które dynamicznie zmieniają się na ich oczach. Małecki ukazuje to za pomocą małych sygnałów dopełniających obraz polskiej wsi – radio, które Łabendowicz konstruuje w stodole i już niebawem przynosi wiadomości o wybuchu wojny (Jan święcie wierzy, że to on zbudował wojnę), pierwszy telewizor, który bardziej wzbudza strach niż podziw (a w nim Pola Negri, wróg Heleny Geldy), spacer po księżycu, który ludzie biorą za mistyfikację. Obok tych wydarzeń toczy się zwykłe życie, pełne bimbru, potańcówek i ciężkiej pracy. Autor z niemałym wyczuciem oddaje ducha polskiej prowincji, zaczynając od języka postaci, przez pijaństwo i twardą rękę, a kończąc religijności połączonej z wiarą w zabobon.



Wiara ma w tej powieści ogromne znaczenie. Wiara i, jak już wspominałam, słowo. Na początku było Słowo, a słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Chociaż ten cytat nie pada  w Dygocie, dla mnie stanowi on swojego rodzaju motto. Koło słowa bowiem kręci się cały świat w utworze Małeckiego. Niestety okazuje się ono bardziej destrukcyjne, niż można by przypuszczać. Nawet, zdawać by się mogło, nieszkodliwe słowo pisane, w którym z upodobaniem zaczytuje się Irena, może wkraść się w umysł i zniszczyć to, co dotąd uważaliśmy za normalne, dobre życie. Najbardziej dosłownym przykładem jego działania jest oczywiście klątwa rzucona na dzieci Jana i Bronka. Jednak to nie sama klątwa, a raczej jej wpływ na umysły tej dwójki interesuje Małeckiego. Choć oczywiście przekleństwo sprawdza się – w tym świecie słowo szybko staje się ciałem – burzy ono przede wszystkim spokój ojców, którzy sobie przypisują odpowiedzialność za te tragedie. Koszmary, niespokojne noce i wiecznie towarzyszące poczucie winy stają się większą częścią życia naszych bohaterów. Jednak autor na tym nie poprzestaje. Słowo niszczy także Wiktora, odmieńca, który staje się największą i najtragiczniejszą ofiarą przesądów. Czy naprawdę krew albinosa jest w stanie uleczyć człowieka?



Słowo działa jednak tylko na ludzi, to w ich umysły zakrada się podstępnie i niszczy to, co napotyka na swojej drodze. Wszelkie modlitwy, a nawet groźby (zupełnie nie w konradowiskim stylu) skierowane do boga, odbijają się echem od jego bezkresu. Modląca się o gładką skórę Emilia nie otrzymuje tego, czego pragnie, Sebastian grożący bogu w kościele, słyszy jedynie pogłos swoich pogróżek. Słowo nie odnajduje drogi do boga, lub też w świecie wykreowanym przez Małeckiego boga po prostu nie ma.



Dygot jest pełną bólu i tęsknoty podróżą do czasów, w których magia miała znaczenie. Nie powiedziałabym jednak, że powieść Małeckiego wpisuje się w nurt realizmu magicznego. Tu wydarzenia na styku realności i nadrealizmu zaskakują prostego człowieka, który pragnie przestać wierzyć w moc słowa. Jest to także krzyk samotności, samotności spowodowanej utratą samego siebie, którego z każdym dniem jest coraz mniej w ciele, które coraz bardziej przypomina obcą istotę.



Czy więc Dygot jest powieścią o życiu, przemijaniu i strachu przed nim? O tym, co wypełnia ludzką egzystencję od dnia urodzin aż po śmierć? To byłoby chyba zbyt przerażające. 


Moja ocena: 7,5/10
 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu


Autor: Jakub Małecki
Tytuł: Dygot
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: SQN