19 czerwca 1947 roku urodził się Salman Rushdie - brytyjski pisarz i eseista indyjskiego pochodzenia. Zdobywca prestiżowej Nagrody Bookera. Z okazji urodzin
zapraszam do przeczytania recenzji jego najsłynniejszej i najbardziej
kontrowersyjnej powieści - Szatańskie wersety.
Z tysiąca i jednej nocy...
Gdyby kazano mi wybrać najbardziej kontrowersyjną książkę wszech czasów, bez zastanowienia wskazałabym Szatańskie wersety Salmana Rushdie. Sam autor został obłożony fatwą, a każda osoba, która w jakikolwiek sposób wpłynęła na wydanie powieści, musiała zacząć martwić się o swoje życie. Wydana w 1988 roku książka zebrała krwawe żniwo już trzy lata później. W lipcu 1991 roku zamordowany został japoński tłumacz Szatańskich wersetów. W budynkach kilku wydawnictw podłożono bomby, a włoski tłumacz został pchnięty nożem. Jednak, wbrew opiniom niektórych recenzentów, ta powieść to nie tylko kontrowersje.
Szatańskie wersety zaczynają
się od upadku. I to nie byle jakiego, bo upadku z ośmiu tysięcy ośmiuset
czterdziestu metrów. Dżibril Fariśta – popularny indyjski aktor, który
specjalizuje się w odgrywaniu ról bogów – oraz Saladyn Ćamća, człowiek o
tysiącu i jednym głosie, spotykają się w Bostanie, samolocie lecącym z
Bombaju do Londynu, który zostaje porwany przez terrorystów. Są też jedynymi
pasażerami, którym udaje się przeżyć wybuch samolotu. Cudowne ocalenie będzie
jednak miało swoje konsekwencje.
Lecz to nie opowieść o dwójce aktorów –
a przynajmniej nie tylko ona – wywołała burzę wśród wyznawców islamu. Groźbę
śmierci zesłała na Rushdiego druga, oniryczna warstwa powieści, w której
ukazuje on powstanie islamu i życie Mahometa (Mahunda), a także historię
tytułowych szatańskich wersetów – wersetów Koranu objawionych Mahometowi przez
szatana, który przybył do niego pod postacią archanioła Gabriela. Fragmenty
księgi mówią o wstawiennictwie trzech bogiń – Al-Lat, Al-Uzza i Manat – co
zaprzecza wierze w jedynego boga, Allaha.
Buszując po Internecie spotkałam się z
wieloma niepochlebnymi opiniami na temat Szatańskich wersetów i nie
powiem, by bardzo mnie to dziwiło. Nie jest to bowiem powieść lekka i
przyjemna, nie jest też jawnie bluźniercza – autor nie epatuje w niej seksem i
obrazoburczymi scenami. Dlatego każdy, kto szuka taniej sensacji na poziomie
„Pudelka” czy „Faktu”, powinien odłożyć tę książkę z powrotem na półkę. W Szatańskich
wersetach wszystko, co może zszokować, rozgrywa się w sferze podtekstu,
między wierszami. Drugim powodem sprawiającym, że dzieło Rushdiego może się nie
podobać, jest jego dziwność – Szatańskie wersety są przecież idealnym
reprezentantem realizmu magicznego. Uwielbienie szczegółu, dygresyjność i
rozbudowane opisy przeplatają się z tym, co niezwykłe, pochodzące nie z tego świata
– z nieba i piekła. Nie do każdego trafi historia mężczyzn, którzy spadli z
nieba. Mnie osobiście to właśnie owa niesamowitość uwiodła najsilniej, nie
pozwoliła się oderwać od lektury. Salman Rushdie to nie byle pisarczyk, który
wybiera kontrowersyjny temat by wywołać marketingową burzę. To pisarz dojrzały
i świadomy, który sięgnął po swoje korzenie, by ukazać tematy bardzo
współczesne. Jakie?
Szatańskie wersety trudno
jest ocenić jednoznacznie, nie jest to bowiem powieść poruszająca jeden tylko
temat. Przeważają w niej jednak dwa motywy – kultura i religia – a mottem do
nich może być zdanie, które w utworze pojawia się nader często: By znów się
narodzić, umrzeć najpierw trzeba.
Kultura, a w zasadzie multikulturowość,
to topika, która góruje w powieści Rushdiego. Mamy tu bowiem dwóch mężczyzn –
obaj wychowywali się w Bombaju, obaj, w jakimś stopniu, starają się wyrwać ze
świata, w którym żyją. Jeden z nich ucieka do Londynu, drugi ucieka w bogactwo
i kobiety. W kwestii multikulturowości, akceptacji własnego pochodzenia, to
opisy Londynu i życia Saladyna Ćamci przynoszą najbogatsze doświadczenia. Rozdarcie
pomiędzy prawdziwym ja, a tym wymyślonym na potrzeby zasymilowania się z
„nowym, lepszym światem”, to londyńska codzienność, w której uczestniczyć musi
nie tylko nasz główny bohater, ale także jego rodacy, zwabieni obietnicami
wspaniałego życia. Jest w tym i kpina z współczesnego człowieka, omamionego
telewizyjnym szumem i obrazami piękna i dostatku i płacz nad utratą własnego ja
na rzecz bezimiennej masy. Na przykładzie Saladyna – mężczyzny potrafiącego
przybrać cudzy głos – Rushdie ukazuje codzienność imigrantów (i nie tylko),
którzy zatracają siebie, by podążyć za większością.
Równie zajmująca jest w Szatańskich
wersetach kwestia religii, tu z kolei na pierwszy plan wysuwa się postać
Dżibrila – anioła Gabriela, który we śnie odwiedza proroka. Choć doszukiwałam
się bluźnierstwa, nie zauważyłam, by Rushdie naigrywał się z religii, z wiary w
boga bądź jakąkolwiek siłę nadprzyrodzoną. Wręcz przeciwnie: to brak wiary
zdaje się być największym okrucieństwem, do jakiego człowiek jest w stanie
posunąć się względem samego siebie. Historia Dżibrila, opowieść tragiczna i
groteskowa, jest w istocie bogatym i wielowarstwowym studium obumierania wiary,
tak silnie łączącym się z utratą własnej tożsamości, jakiej doświadczył Saladyn
Ćamća.
Choć wiem, że Szatańskie wersety Salmana
Rushdie pozostaną dla mnie tajemnicą – nie jestem bowiem religioznawczynią, nie
znam historii Indii a także nie jestem w stanie rozszyfrować wszystkich
parafraz i kryptocytatów umieszczonych w powieści – mogę z przekonaniem
powiedzieć, że jest to jedna z lepszych pozycji jakie czytałam. Właśnie za ową
pełnię, za nawarstwienie wątków, które krążą w tym utworze na podobieństwo
losów ludzkich, za niesamowitość i bajkowość, która Baśnie z tysiąca i
jednej nocy przybliżyła do naszej codzienności.
Moja ocena: 8/10
Autor: Salman RushdieMoja ocena: 8/10
Tytuł: Szatańskie wersety
Data wydania: 28. 05. 2013
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 664