Wchodzi śmierć do baru...
Mówi się, że napisanie dobrego opowiadania jest dwa, trzy, dziesięć razy trudniejsze, niż stworzenie dobrej powieści. Tkwi w tym ziarnko prawdy. Jak wciągnąć czytelnika, wzbudzić jego uczucia, skłonić do przemyśleń przy jednoczesnym maksymalnym skondensowaniu treści? Udało się to Marianie Enriquez, która kilka miesięcy temu zachwyciła mnie zbiorem To, co utraciłyśmy w ogniu. Od tamtego czasu szukam kolejnego objawienia. Niestety Uzdrowiciel Vadasa się nim nie okazał.
Czy śmierć może tak po prostu siedzieć w
barze i w spokoju czytać gazetę? Czy mężczyzna może pewnego dnia obudzić się i
spostrzec, że przemienił się w piękną kobietę? Czy niewidzialny pies może
niepostrzeżenie porwać ze stołu Twoją pyszną kurę? W świecie ukazanym przez
Vadasa – pełnym dziwów i magii, demonicznych kobiet, szarlatanów i
przerażających cieni – wszystko wydaje się możliwe.
Vadas ładnie wpisuje się w tematykę
realizmu magicznego, sprawnie łącząc to, co możemy uznać za normę z tym, co przynależy
do świata magii. Pozostaje przy tym wierny założeniom nurtu, kreując
rzeczywistość, w której elementy nierealistyczne są dla jego postaci normą –
spersonifikowana śmierć jest tak samo „normalna”, jak brudna karczma, w której
przesiaduje. Autor niczego nie tłumaczy, zakładając, że czytelnik z łatwością
wejdzie w konwencję i, tak samo jak bohaterowie, magię potraktuje jak
nieodłączną część świata przedstawionego. Jednocześnie skąpi nam językowego
bogactwa, upraszczając do granic możliwości swoje historie, a przez to ogołacając
je z pewnego rodzaju baśniowości. Szkoda, bo kilka soczystych metafor lub
dokładnych opisów nie zaszkodziłoby opowiadaniom Vadasa. Co więcej, to właśnie
te dłuższe teksty, w których autor musiał zarysować nie tylko sytuację, ale
także swój magiczny i jednocześnie zaskakująco realistyczny świat, są najlepszymi przykładami jego literackich umiejętności. I choć nie mogę mu odmówić
kunsztu i sprawnego panowania nad materią słowa, zabrakło mi w tych krótkich
formach polotu, zabrakło poetyckości i owej baśniowości, które mogły wynieść Uzdrowiciela na znacznie wyższy poziom.
Opowiadania Vadasa, pomimo licznych wątków
onirycznych, nawiązań do symboliki śmierci, w zaskakujący sposób oswajają
codzienność. Mówią o prostych przyjemnościach jak picie i taniec, o bójkach,
miłości – także takiej na zabój – o jedzeniu i potrzebie znalezienia swojego
miejsca na ziemi. Autor łączy atrybuty zwykłej, szarej egzystencji z tym, co
nieodmiennie kojarzy nam się z baśniami. W ten sposób także przybliża nam
odległą Afrykę, którą jest tak zafascynowany. Czy uda mu się zarazić tą
miłością swoich czytelników? Być może, choć raczej poprzez pokazanie im, że to,
co jest tak bardzo daleko, może być zadziwiająco podobne do tego, co znajduje
się tuż pod naszym nosem.
Co daje nam proza Vadasa? Przyjemność
obcowania z literaturą, w którą można wejść bez żadnego przygotowania, bez
zastanowienia i większej refleksji. Z jednej strony to zaleta, bo nie tylko
możemy wsiąknąć w wykreowany przez autora świat, ale także poczuć, że zostajemy
przez niego przyjęci. Z drugiej jednak łatwiej nam o nim zapomnieć, gdy już
wrócimy do tego, co tak dobrze znane i oswojone.
Moja ocena: 5,5/10
Dużo bardziej pozytywną recenzję Uzdrowiciela znajdziecie u Marty.
Za poznanie słowacko-afrykańskich klimatów, dziękuję
Autor: Marek Vadas
Tytuł: Uzdrowiciel
Data wydania: 30.06.2017
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Liczba stron: 156