niedziela, 27 sierpnia 2017

"Przeszłość" Tessa Hadley - recenzja




Pustka za zamkniętymi drzwiami


Burzliwa przeszłość to niesamowicie wdzięczny temat dla autora. Można oprzeć na niej całą opowieść, wracać do niej w serii reminiscencji lub najzwyczajniej w świecie wspomnieć ją od czasu do czasu, by nadać historii kolorytu. Można też na siłę wcisnąć ją w powieść, tworząc przy tym otoczkę tajemniczości, która wypala się z sykiem w zderzeniu z przeciętnością fabuły. Domyślcie się, którą drogą poszła Tessa Hadley.




Czwórka rodzeństwa, dwójka dzieci, dwójka nastolatków i jedna nowa żona – wspólny urlop na spokojnej, angielskiej wsi może okazać się prawdziwą katastrofą. To jednak ich ostatni pobyt w starym domku odziedziczonym po dziadkach. Tu zakończyłby się mój opis fabuły, gdyż powieść nie przynosi nam dużo więcej. Wydawnictwo jednak dodało od siebie magiczne zdanie: „Dom pełen jest bolesnych wspomnień, lecz choć przeszłość przypomina o sobie na każdym kroku, bliskim trudno się z nią rozstać”. Naprawdę? No cóż, mam odmienne zdanie na ten temat.



Powieść Hadley jest przede wszystkim miałka, boleśnie i dobijająco nijaka w każdym aspekcie – od kreacji bohaterów, przez świat przedstawiony, dialogi, styl autorki aż po samą fabułę. Ta przeciętność rzuca się na nas już od pierwszych stron, choć czytelnik nadal ma święte prawo uważać, że Przeszłość go wciągnie, a na koniec może nawet wypluje – rozmemłanego, zasapanego, ale zadowolonego. Nic z tych rzeczy! Hadley może co najwyżej wywołać grymas niezadowolenia, ciche westchnięcie i smutne pokręcenie głową po skończeniu lektury. Szkoda, wielka szkoda.



Przeszłość opiera się na bardzo prostym koncepcie – grupka ludzi (w tym przypadku oddalająca się od siebie rodzina) zostaje „zmuszona” do wspólnego spędzania czasu na niewielkiej przestrzeni. Krajobraz jest sielski, dom stanowi doskonale znane im miejsce, a zatem dekoracje, w których autorka postanowiła umiejscowić rodzinny dramat, są przyjazne, pozbawione elementu niepokoju czy obcości. Ową obcość miało wprowadzić samo rodzeństwo, wszystkie dzielące ich cechy, wspomnienia, aspiracje i życie prywatne, które – właściwie w przypadku każdego  nich – jest małą porażką. Niestety do tego trzeba było pogłębionej psychologii postaci, której Hadley nam nie oferuje. Każdy z bohaterów został potraktowany po macoszemu, z odrobiną uwagi, która szybko rozmywa się na rzecz kolejnych zajść. Mogłabym powiedzieć, że jest to spowodowane zbyt dużą ilością postaci, jednak wydaje mi się, że wina tkwi bardziej po stronie autorki i jej braku umiejętności budowania wiarygodnych portretów psychologicznych. Problemy rodzeństwa są sztampowe – samotność, poczucie odmienności, brak samodzielności – jednak można było wykorzystać je lepiej, pogłębiając ich znaczenie w życiu Alice, Harriet, Fran i Rolanda. Wtedy Przeszłość stałaby się powieścią o braku komunikacji pomiędzy członkami rodziny, borykającymi się z własnymi ograniczeniami. Zamiast tego zostaje nam przedstawiona plejada nic nieznaczących gestów i słów, które gubią się w chaosie uogólnień.



Kolejnym problemem Przeszłości jest wątek dziecięco-nastoletni. Młodsi bohaterowie powieści również dostali swoje 5 minut, jednak trudno jest połączyć ich historię w sensowną całość. Nastoletnia córka Rolanda i syn byłego partnera Alice nie wnoszą do fabuły zupełnie nic. Błąkają się jedynie po okolicznych lasach, posyłają sobie pożądliwe spojrzenia i rozmawiają o niczym lub nie rozmawiają w ogóle. Molly w tym czasie nie myśli, Kasim myśli o tym, jak bardzo Ona jest delikatna i nieskomplikowana. On również nie jest zbyt skomplikowany, choć autorka na siłę wciska nam wizję inteligentnego młodzieńca skonfliktowanego ze społeczeństwem. Kolejny wątek, związany z małymi dziećmi Fran, jest dużo ciekawszy, a nawet niepokojący, choć niestety również niewykorzystany. Ivy i Arthur odwiedzają stary, walący się dom, w którym znajduje się truchło psa sąsiadów i pornograficzne pisemka. Dzieci wracają tam niczym zahipnotyzowane, składając potajemnie ofiary dla „kobiet”. Eros i Tanatos – przecież to wprost wyciągnięte z teorii Freuda! Szkoda tylko, że problematyka budzącej się seksualności i bliskiej człowiekowi śmierci, najzwyczajniej w świecie spada na dalszy plan powieści. To już drugi trop literacki, którym Hadley mogła pójść i osiągnąć znacznie więcej, niż to, czym w rezultacie okazała się Przeszłość.



Autorka poległa także w kwestiach stricte technicznych – jej styl, tak samo jak sama fabuła, niczym się nie wyróżnia. Bogactwo językowe? Piękne opisy? Przenikliwe dialogi? Nic z tych rzeczy. Hadley po prostu przepływa z jednego zdania w drugie, czasem z małym zgrzytem, czasem bez niego. Czyta się ją sprawnie, choć bez większego zastanowienia, jakby w zapisanych słowach nie kryło się znaczenie. Jednak to nie sam styl jest największym problemem Przeszłości. Jest nim wprowadzenie niepotrzebnego rozdziału, cofającego nas do 1968 roku, by przyjrzeć się życiu matki Alice, Fran, Harriet i Rolanda. Chociaż fragment ten dotyczy jedynej „mrocznej tajemnicy” rodziny, wychodzę z założenia, że autorka wstawiła go tylko po to, by rozciągnąć trochę swoją powieść. Bo, prawdę powiedziawszy, wielki sekret nie zmienia zupełnie nic w relacjach rodzeństwa, nie zmienia także naszego nastawienia do bohaterów. Jest tylko kolejnym pustym elementem tej niby układanki.

Moja ocena: 3/10
Prawie zapomniałam podlinkować blogi, na których znajdziecie opinie innych blogerów. Dużo bardziej pozytywne ;)
Za wycieczkę na angielską wieś, na której nie ma tajemnic, dziękuję
Autorka: Tessa Hadley
Tytuł: Przeszłość
Data wydania: 17.08.2017
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 352