Jak ja nie cierpię lekkiej literatury!
Niedawno z większości blogów krzyczały nagłówki zachwalające lekkie, łatwe i przyjemne książki na wakacje. Wiadomo, nie ma sensu się przemęczać, kiedy za oknem 40℃ w cieniu, zwoje mózgowe się przegrzewają, a my jesteśmy w stanie myśleć tylko o kostkach lodu brzęczących w naszej szklaneczce z orzeźwiającym napojem. Ja wychodzę z założenia, że lato to idealna pora na literaturę wymagającą. Gwoli ścisłości – idealna jak każda inna. Pokusiło mnie jednak, by trochę się rozerwać. Oczywiście z miernym rezultatem. Bogowie słowa pisanego skarcili mnie za głupią chęć rozerwania się przy książce.
Jest ich trzech: Tomasz, podstarzały
filozof, Rysiek – trochę bardziej ironiczny cień tego pierwszego – i Młody,
który, jak można się domyślić, ma jeszcze mleko pod nosem. To właśnie oni
zajmują się pochówkiem w Ponurej, wykonując zawód niezbyt popularny i niezbyt
poważany. Jednak do narzekań nie mają powodów. Młody zajmuje się kopaniem, piwa
i papierosów nigdy nie brakuje, a do tego porozmawiać zawsze jest z kim. A to z
miejscową dewotką, a to ze sprzedawcą zniczy. Zjawia się też sama Śmierć, bo
przecież z kim mogłaby czuć się lepiej, niż z ludźmi, którzy po niej sprzątają?
Rozmowa
Mistrza Polikarpa ze Śmiercią w uwspółcześnionej
wersji? Bynajmniej, jednak powieść Kowalskiego wyraźnie nawiązuje do tego
średniowiecznego dzieła: w kwestii tytułu, problematyki przemijania czy samej
konwencji, w której „mędrzec” rozmawia ze spersonifikowaną śmiercią. Oczywiście
atrybuty kostuchy nie zmieniają się, choć w wersji polskiego autora jest ona
raczej zblazowana, aniżeli straszna. Znudzona swoją niekończącą się pracą,
Śmierć popala papierosy (choć nie posiada płuc) i zabija czas na rozmowach z
grabarzami, którzy – z racji swojej profesji – niezbyt dziwią się jej obecności
na cmentarzu. Ploteczki z Kostuchą mogłyby przynieść czytelnikowi odrobinę
frajdy, gdyby nie cechowała ich nieznośna wręcz szablonowość i wpychany na siłę
humor przetykany tanimi, pseudofilozoficznymi gadkami. Tak więc panowie
debatują o samobójstwie, niespełnionych artystach i sztuce w ogóle, a i Śmierć
dorzuca do tego swoje trzy grosze, nieraz rozsądnie, a nieraz jak blondynka (ho
ho, pierwszy żarcik, Śmierć jest przecież kobietą). A później przechodzimy do
chyba najgorszej części powieści – opowieści Kostuchy o demonach, tak zwanych
oblivokrach, które lubią troszkę zabawić się ludzkim losem, niczym mityczne
Erynie. Historia zaskakuje naiwnością i, po raz kolejny, stereotypowością.
Biznesmen – zło wcielone, były komunista, wiadomo. Wielki patriota – tylko
początkowo, bo przecież każdego można kupić, a jak wiemy każdy Polak-katolik
hipokryzją stoi. To mają być kreacje bohaterów, które wykraczają poza utarte
schematy?
Zresztą to właśnie portrety postaci są
największą wadą powieści, piętą achillesową autora, w którą trzeba go było
ugodzić, zanim napisał Rozmowy…. Do
kalk dochodzi bowiem religijna staruszka, która nienawidzi inności i wszystkich
ateistów, wampir alkoholik (czyżby autor czytał Sagę o Wiedźminie?), głupawy, poczciwy i bogaty przedsiębiorca i oczywiście
główny wielki filozof, który – jak na filozofa przystało – potrafi gadać i
gdybać, ale z działaniem ma już problem. Och, jak panu Kowalskiemu udało się rozpracować
tych skomplikowanych bohaterów, którzy tyle wnoszą do fabuły? Można oczywiście
powiedzieć, że się czepiam, że lekka z założenia powieść nie potrzebuje
bohaterów złożonych, trochę bardziej skomplikowanych od stereotypów z tanich,
gazetowych żartów. Jeśli tak sądzicie, chyba od tej pory będę nazywać się
idealistką, bo w moim mniemaniu nawet łatwa i przyjemna powieść nie powinna
infantylizować człowieka, sprowadzając go jedynie do kilku smutnych cech, które
łatwo nam przyjąć, bo są przecież „społecznie potwierdzone”. Nie powinno się
tak dziać tym bardziej w tekście mającym z założenia stereotypy obalać (mowa
oczywiście o modelowym robolu).