piątek, 11 listopada 2016

"Zdobywcy oddechu" Przemysław Piotr Kłosowicz - recenzja



Wdech, wydech...

Wszystko zaczęło się od wywiadu z autorem, przeczytanym na blogu Doroty. Pomyślałam sobie wtedy, że stanowczo zbyt rzadko daję szansę młodym, debiutującym pisarzom – tym bardziej polskim. Kiedy autor Zdobywców oddechu zaproponował mi współpracę stwierdziłam: raz kozie śmierć. Teraz koza leży martwa z wywalonym jęzorem, a ja żałuję, oj bardzo żałuję.




Wiktor pragnął zostać pisarzem, jednak los miał dla niego inne plany – pracę na uczelni, dziecko z zespołem Downa i depresję. Piotr przenosi się do Krakowa i mierzy się z samotnością wielkim mieście. Marzy mu się prawdziwa miłość, jak na razie dostaje jednak jej substytut: kilka chwil szczęścia, udany romans i tygodnie smutku po zerwaniu. Zbigniew też marzy o miłości i akceptacji, choć nic nie zapowiada, by coś w jego życiu miało się zmienić.



Po przeczytaniu opisu książki nie spodziewałam się fajerwerków, nie oczekiwałam, że będzie to powieść, która zmieni moje postrzeganie świata. Podeszłam do niej jednak z masą optymizmu, nastawiona na nastrojową lekturę, skupioną na bolączkach współczesnego człowieka. Zdobywcy oddechu to powieść, z której aż wycieka beznadzieja, smutek i poczucie straconego życia. Bohaterowie boleśnie odczuwają brak miłości i erotycznych przeżyć, bliskości drugiego człowieka, który zrozumiałby ich problemy. Sposób narracji potęguje te odczucia – to nie tyle spowiedź, co duchowe torsje, po których czytelnik doskonale widzi wnętrzności postaci nakreślonych przez Kłosowicza. Chciałoby się powiedzieć, że to zaleta powieści, jednak po kilku stronach tego typu wynurzenia stają się coraz trudniejsze w odbiorze, nużące, a przez to w pewien sposób utrudniające czytelnikowi utożsamienie się czy chociażby współczucie bohaterom. Przy takim natężeniu utyskiwania na dosłownie wszystko (przeplatanego z ciągle powtarzanym chcę), ginie gdzieś zamysł autora, który, jak podejrzewam, istniał. Mnie jednak nie udało się go dostrzec, gdyż zamiast powieści z sensem, dostałam zlepek pozbawionych znaczenia rozważań, poprzetykanych gdzieniegdzie dialogami, które okazały się równie niewiarygodne, co same postaci.



Zawodem – i to znacznie większym – okazał się także sam styl autora, utrudniający do granic możliwości lekturę tej, bądź co bądź, króciutkiej powieści. Każda kolejna strona okazywała się męczarnią, a głośne narzekania, jęki i stęki nie pomagały w niczym, choć zwróciły uwagę mojej bardzo empatycznej kotki, która prawdopodobnie sądziła, że ktoś morduje jej niewolnicę. Nikt nie mordował, choć nie ukrywam, że było blisko. Gdybym miała przyrównać do czegoś styl pana Kłosowicza, miałabym spore trudności – to jak połączenie książki z przysłowiami i powiedzeniami z filozoficznym zacięciem Paulo Coelho. Aby nie być gołosłowną, posłużę się cytatem:



Zbrodnia i kara. Zbrodnia Ikara. Nie wzlecę, nie ucieknę – spłoną moje skrzydła, i tak z niby-anioła przeistoczę się w zwykłego, przyziemnego człowieka bez piór. Ludzie to nieopierzone anioły. Wszyscy, bez wyjątku.



Niektóre z tych zdań bolały mnie wręcz fizycznie, inne po prostu starałam się ignorować. Do pasji jednak doprowadzały mnie wszelkiego rodzaju gierki słowne, które autor postanowił prowadzić na przestrzeni całej powieści. Niezamężna i nie za mężna, myśli nieprzemyślane, ostatecznie, nie statecznie i jeszcze mój ulubieniec: Jak mus, to mus. Ale nie jest to mus owocowy, słodki i pyszny. Wręcz przeciwnie – to przymus. I tak w koło, do nudności (nudnych ości). Może miało być śmiesznie, może błyskotliwie. Nie wyszło.



Czas to zakończyć, zamknąć Zdobywców oddechu i zapomnieć o nich. Z pewnością przez długi czas nie sięgnę po żaden polski debiut, nikt mnie do tego nie zmusi. Rekonwalescencja musi trochę potrwać. 

Moja ocena: 2/10

Za egzemplarz dziękuję autorowi

Autor: Przemysław Piotr Kłosowicz
Tytuł: Zdobywcy oddechu
Data wydania: 27.10.2016
Liczba stron: 200
Wydawnictwo: Novae Res