Amchi Mumbai, Mumbai amchi!*
Miłość od pierwszego wejrzenia to piękne i, wydawałoby się, mityczne uczucie, o którym wszyscy słyszeli, ale nikt go nie zaznał. Mnie, tak samo jak głównemu bohaterowi powieści Shantaram, udało się tego doświadczyć – dokładnie w momencie, w którym przeczytałam pierwsze zdanie tej ogromnej, epickiej historii.
Poznajemy naszego bohatera już w Bombaju,
kiedy, jak sam mówi: los włączył go do
gry. Wiemy jednak doskonale, że jego historia zaczęła się dużo wcześniej –
gdy na heroinowym głodzie napadał na banki z bronią w ręku, gdy zamknięto go w
więzieniu o zaostrzonym rygorze, w którym bito go i poddawano jego ciało i
duszę próbie. Gdy uciekł z niego, bezczelnie i odważnie, przez frontowy mur.
Jednak to tylko preludium. Prawdziwe życie Lina zaczyna się w Bombaju, gdzie
poznaje smak miłości, niepohamowanej radości i przyjaźni, która nie
zna granic. Gdzie tańczy na ulicy porwany przez tłum, raz za razem zachłystując
się kolorami tego wielkiego miasta. Lecz Shantaram
nie jest powieścią o szczęściu, a o odkupieniu. A droga do niego prowadzi
przez strach i rozdzierającą rozpacz.
Roberts dokonał rzeczy niesamowitej – stworzył
dwa doskonałe, pełne i realistyczne portrety, które umieścił w jednej powieści
tak, by jeden nie zakłócał obrazu drugiego. Jednym z nich jest oczywiście
tytułowy Shantaram, znany głównie pod imieniem Lin, alter ego autora i narrator
powieści. Złodziej, narkoman, fałszerz, awanturnik, a także lekarz, przyjaciel
i brat. Człowiek, na którego można liczyć, który w uczuciu zatapia się w
całości, nigdy połowicznie. Roberts dopracował tę postać do perfekcji, ukazując
wszystkie światłocienie, każdą zbrodnię i każdy dobry uczynek. Trudno jest nie
polubić Lina, chociaż nie należy od do osób, które chciałoby się spotkać w
ciemnej uliczce. No, chyba że udałoby nam się wzbudzić jego sympatię – wtedy można
kraść z nim konie. Jesteśmy świadkami wszystkich jego przemian, każdego
wielkiego uczucia: czy to miłości, czy nienawiści. I odnajdujemy w tym
przyjemność, bo losy Lina nie mają nic wspólnego z nudą. Wieczny uciekinier poznaje
smaki i zapachy nowego świata, uczy się języka i obyczajów, a my coraz bardziej
wsiąkamy w ten piękny, kolorowy świat. To właśnie drugi idealny portret, który udało
się stworzyć Robertsowi – Indie. Jeśli sięgniecie po Shantaram spodziewajcie się co najmniej powierzchownego zauroczenia
tym krajem. W najgorszym (albo najlepszym) wypadku zorientujecie się, że
właśnie kupiliście bilet do Bombaju. Autor rzuca nas na głęboką wodę, nie
pozwala się zaaklimatyzować i pokazuje coraz to nowe miejsca, coraz to nowych
ludzi – wiecznie uśmiechniętego Prabakera, przewodnika i przyjaciela Lina, Vikrama,
Hindusa zafiksowanego na punkcie westernów i całej masy imigrantów, którzy w
Indiach czują się jak u siebie w domu, pomimo okropnych upałów i pór
monsunowych. Roberts nie odwraca się także od biedy i chorób. Jego bohater
przez długi czas mieszka w slumsach, leczy biedaków i mieszka w małej lepiance
obok tysięcy sąsiadów. Powoli przyzwyczaja się do braku prywatności, ogromnych
szczurów i niebezpiecznych psów, gdyż rekompensatą za te niedogodności jest
dozgonna wdzięczność, szeroki uśmiech i poczucie przynależności. Indie
przygarniają Lina, otulają go i uczą każdego dnia. Jednak same pozostają
niezmienne, ciągle tak samo piękne i niebezpieczne.
Chociaż Shantaram jest powieścią z narracją pierwszoosobową, a my doskonale
wiemy, że dotyczy ona życia samego autora, trudno jest domyślić się, które
epizody rzeczywiście przytrafiły się Robertsowi, które są tylko zasłyszanymi
historiami, a które świadectwem bujnej wyobraźni. Nie zmienia to jednak faktu,
że podczas czytania wsiąkamy całym ciałem i duszą w tę opowieść, uczestniczymy
w każdym wydarzeniu i z niecierpliwością czekamy na to, co znajduje się na
następnej stronie. Oderwanie się od tej powieści graniczy z niemożliwością, jednak
z czasem, gdy zauważamy jak strony topnieją a do końca pozostaje ich coraz
mniej, podświadomie zwalniamy, by jak najdłużej cieszyć się towarzystwem Lina i
jego przyjaciół. To właśnie przekleństwo Shantaram
– uzależnia jak heroina, po której trudno wrócić do rzeczywistości.
Powieść Robertsa była prawdziwą przygodą,
wejściem do świata rodem z bollywoodzkich filmów, w którym jest miejsce na
szaloną miłość, przestępstwo, przyjaźń, cierpienie i dużo, dużo tańca. To rozkosz
dla każdego czytelnika, który nie boi się wymagać tego, co najlepsze, który nie
zadowala się miernymi powieściami poznawanymi dla zabicia czasu. Czytajcie i
nie bójcie się – i tak nie ma dla Was ratunku. Wsiąkniecie bez reszty.
Moja ocena:
Autor: Gregory David Roberts
Tytuł: Shantaram
Data wydania: 17.02.2016 (wznowienie)
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 800