czwartek, 14 kwietnia 2016

"Shantaram" Gregory David Roberts - recenzja





Amchi Mumbai, Mumbai amchi!*


Miłość od pierwszego wejrzenia to piękne i, wydawałoby się, mityczne uczucie, o którym wszyscy słyszeli, ale nikt go nie zaznał. Mnie, tak samo jak głównemu bohaterowi powieści Shantaram, udało się tego doświadczyć – dokładnie w momencie, w którym przeczytałam pierwsze zdanie tej ogromnej, epickiej historii.




Dużo czasu minęło i wiele się na świecie zmieniło, zanim nauczyłem się tego, co wiem o miłości, przeznaczeniu i ludzkich decyzjach, ale w gruncie rzeczy wszystko to dotarło do mnie w jednej chwili, kiedy zostałem przykuty do muru i zaczęły się tortury.



Poznajemy naszego bohatera już w Bombaju, kiedy, jak sam mówi: los włączył go do gry. Wiemy jednak doskonale, że jego historia zaczęła się dużo wcześniej – gdy na heroinowym głodzie napadał na banki z bronią w ręku, gdy zamknięto go w więzieniu o zaostrzonym rygorze, w którym bito go i poddawano jego ciało i duszę próbie. Gdy uciekł z niego, bezczelnie i odważnie, przez frontowy mur. Jednak to tylko preludium. Prawdziwe życie Lina zaczyna się w Bombaju, gdzie poznaje smak  miłości, niepohamowanej radości i przyjaźni, która nie zna granic. Gdzie tańczy na ulicy porwany przez tłum, raz za razem zachłystując się kolorami tego wielkiego miasta. Lecz Shantaram nie jest powieścią o szczęściu, a o odkupieniu. A droga do niego prowadzi przez strach i rozdzierającą rozpacz.



Roberts dokonał rzeczy niesamowitej – stworzył dwa doskonałe, pełne i realistyczne portrety, które umieścił w jednej powieści tak, by jeden nie zakłócał obrazu drugiego. Jednym z nich jest oczywiście tytułowy Shantaram, znany głównie pod imieniem Lin, alter ego autora i narrator powieści. Złodziej, narkoman, fałszerz, awanturnik, a także lekarz, przyjaciel i brat. Człowiek, na którego można liczyć, który w uczuciu zatapia się w całości, nigdy połowicznie. Roberts dopracował tę postać do perfekcji, ukazując wszystkie światłocienie, każdą zbrodnię i każdy dobry uczynek. Trudno jest nie polubić Lina, chociaż nie należy od do osób, które chciałoby się spotkać w ciemnej uliczce. No, chyba że udałoby nam się wzbudzić jego sympatię – wtedy można kraść z nim konie. Jesteśmy świadkami wszystkich jego przemian, każdego wielkiego uczucia: czy to miłości, czy nienawiści. I odnajdujemy w tym przyjemność, bo losy Lina nie mają nic wspólnego z nudą. Wieczny uciekinier poznaje smaki i zapachy nowego świata, uczy się języka i obyczajów, a my coraz bardziej wsiąkamy w ten piękny, kolorowy świat. To właśnie drugi idealny portret, który udało się stworzyć Robertsowi – Indie. Jeśli sięgniecie po Shantaram spodziewajcie się co najmniej powierzchownego zauroczenia tym krajem. W najgorszym (albo najlepszym) wypadku zorientujecie się, że właśnie kupiliście bilet do Bombaju. Autor rzuca nas na głęboką wodę, nie pozwala się zaaklimatyzować i pokazuje coraz to nowe miejsca, coraz to nowych ludzi – wiecznie uśmiechniętego Prabakera, przewodnika i przyjaciela Lina, Vikrama, Hindusa zafiksowanego na punkcie westernów i całej masy imigrantów, którzy w Indiach czują się jak u siebie w domu, pomimo okropnych upałów i pór monsunowych. Roberts nie odwraca się także od biedy i chorób. Jego bohater przez długi czas mieszka w slumsach, leczy biedaków i mieszka w małej lepiance obok tysięcy sąsiadów. Powoli przyzwyczaja się do braku prywatności, ogromnych szczurów i niebezpiecznych psów, gdyż rekompensatą za te niedogodności jest dozgonna wdzięczność, szeroki uśmiech i poczucie przynależności. Indie przygarniają Lina, otulają go i uczą każdego dnia. Jednak same pozostają niezmienne, ciągle tak samo piękne i niebezpieczne.



Chociaż Shantaram jest powieścią z narracją pierwszoosobową, a my doskonale wiemy, że dotyczy ona życia samego autora, trudno jest domyślić się, które epizody rzeczywiście przytrafiły się Robertsowi, które są tylko zasłyszanymi historiami, a które świadectwem bujnej wyobraźni. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas czytania wsiąkamy całym ciałem i duszą w tę opowieść, uczestniczymy w każdym wydarzeniu i z niecierpliwością czekamy na to, co znajduje się na następnej stronie. Oderwanie się od tej powieści graniczy z niemożliwością, jednak z czasem, gdy zauważamy jak strony topnieją a do końca pozostaje ich coraz mniej, podświadomie zwalniamy, by jak najdłużej cieszyć się towarzystwem Lina i jego przyjaciół. To właśnie przekleństwo Shantaram – uzależnia jak heroina, po której trudno wrócić do rzeczywistości.



Powieść Robertsa była prawdziwą przygodą, wejściem do świata rodem z bollywoodzkich filmów, w którym jest miejsce na szaloną miłość, przestępstwo, przyjaźń, cierpienie i dużo, dużo tańca. To rozkosz dla każdego czytelnika, który nie boi się wymagać tego, co najlepsze, który nie zadowala się miernymi powieściami poznawanymi dla zabicia czasu. Czytajcie i nie bójcie się – i tak nie ma dla Was ratunku. Wsiąkniecie bez reszty.

[*] Bombaj jest nasz, Bombaj to my!

Moja ocena:
Za możliwość przeczytania książki dziękuję
 


Autor: Gregory David Roberts
Tytuł: Shantaram
Data wydania: 17.02.2016 (wznowienie)
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 800