środa, 2 sierpnia 2017

"Uzdrowiciel" Marek Vadas - recenzja




Wchodzi śmierć do baru...

Mówi się, że napisanie dobrego opowiadania jest dwa, trzy, dziesięć razy trudniejsze, niż stworzenie dobrej powieści. Tkwi w tym ziarnko prawdy. Jak wciągnąć czytelnika, wzbudzić jego uczucia, skłonić do przemyśleń przy jednoczesnym maksymalnym skondensowaniu treści? Udało się to Marianie Enriquez, która kilka miesięcy temu zachwyciła mnie zbiorem To, co utraciłyśmy w ogniu. Od tamtego czasu szukam kolejnego objawienia. Niestety Uzdrowiciel Vadasa się nim nie okazał.




Czy śmierć może tak po prostu siedzieć w barze i w spokoju czytać gazetę? Czy mężczyzna może pewnego dnia obudzić się i spostrzec, że przemienił się w piękną kobietę? Czy niewidzialny pies może niepostrzeżenie porwać ze stołu Twoją pyszną kurę? W świecie ukazanym przez Vadasa – pełnym dziwów i magii, demonicznych kobiet, szarlatanów i przerażających cieni – wszystko wydaje się możliwe.



Vadas ładnie wpisuje się w tematykę realizmu magicznego, sprawnie łącząc to, co możemy uznać za normę z tym, co przynależy do świata magii. Pozostaje przy tym wierny założeniom nurtu, kreując rzeczywistość, w której elementy nierealistyczne są dla jego postaci normą – spersonifikowana śmierć jest tak samo „normalna”, jak brudna karczma, w której przesiaduje. Autor niczego nie tłumaczy, zakładając, że czytelnik z łatwością wejdzie w konwencję i, tak samo jak bohaterowie, magię potraktuje jak nieodłączną część świata przedstawionego. Jednocześnie skąpi nam językowego bogactwa, upraszczając do granic możliwości swoje historie, a przez to ogołacając je z pewnego rodzaju baśniowości. Szkoda, bo kilka soczystych metafor lub dokładnych opisów nie zaszkodziłoby opowiadaniom Vadasa. Co więcej, to właśnie te dłuższe teksty, w których autor musiał zarysować nie tylko sytuację, ale także swój magiczny i jednocześnie zaskakująco realistyczny świat, są najlepszymi przykładami jego literackich umiejętności. I choć nie mogę mu odmówić kunsztu i sprawnego panowania nad materią słowa, zabrakło mi w tych krótkich formach polotu, zabrakło poetyckości i owej baśniowości, które mogły wynieść Uzdrowiciela na znacznie wyższy poziom.



Opowiadania Vadasa, pomimo licznych wątków onirycznych, nawiązań do symboliki śmierci, w zaskakujący sposób oswajają codzienność. Mówią o prostych przyjemnościach jak picie i taniec, o bójkach, miłości – także takiej na zabój – o jedzeniu i potrzebie znalezienia swojego miejsca na ziemi. Autor łączy atrybuty zwykłej, szarej egzystencji z tym, co nieodmiennie kojarzy nam się z baśniami. W ten sposób także przybliża nam odległą Afrykę, którą jest tak zafascynowany. Czy uda mu się zarazić tą miłością swoich czytelników? Być może, choć raczej poprzez pokazanie im, że to, co jest tak bardzo daleko, może być zadziwiająco podobne do tego, co znajduje się tuż pod naszym nosem.



Co daje nam proza Vadasa? Przyjemność obcowania z literaturą, w którą można wejść bez żadnego przygotowania, bez zastanowienia i większej refleksji. Z jednej strony to zaleta, bo nie tylko możemy wsiąknąć w wykreowany przez autora świat, ale także poczuć, że zostajemy przez niego przyjęci. Z drugiej jednak łatwiej nam o nim zapomnieć, gdy już wrócimy do tego, co tak dobrze znane i oswojone. 


Moja ocena: 5,5/10

Dużo bardziej pozytywną recenzję Uzdrowiciela znajdziecie u Marty.

Za poznanie słowacko-afrykańskich klimatów, dziękuję
Autor: Marek Vadas
Tytuł: Uzdrowiciel
Data wydania: 30.06.2017
Wydawnictwo: Książkowe Klimaty
Liczba stron: 156

6 komentarzy:

  1. O rety, spodziewałam się, że jak "Książkowe Klimaty", to na pewno będzie dobrze, a tu nie. Szkoda, ale zdarza się, u nich na szczęście rzadko. ;) Pewnie ją sobie odpuszczę, no chyba że coś mi się nagle odwidzi albo już naprawdę nie będę miała co czytać. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dobrze, ale mogłoby by być o wiele lepiej. Jeśli chodzi o KK to poprzeczka postawiona jest bardzo, bardzo wysoko :)

      Usuń
  2. Nie dla mnie ta lektura ;)

    Pozdrawiam,
    Lady Spark
    [kreatywna-alternatywa]

    OdpowiedzUsuń
  3. Kreacja śmierci kojarzy mi się bardzo z tą, którą spotykamy w "Świecie Dysku" Pratcheta. Tam też jest spersonifikowana i wydaje się takim samym mieszkańcem świata, jak inni bohaterowie, takim naturalnym jego elementem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie masz rację, choć Śmierć Pratchetta jest dużo "milsza". Taka swojska i kochana, lubi koty i gada wielkimi literami. Ta śmierć (pojawiająca się tylko w jednym opowiadaniu), najpierw patrzy, a później bez słowa zabiera się za robotę. Nie ma tyle "serca", co Śmierć ze "Świata Dysku" ;)

      Usuń

Zostaw po sobie ślad, za każdy jestem niezmiernie wdzięczna :)
Pamiętaj jednak o netykiecie. Wiadomości niecenzuralne, obelżywe i niezwiązane z tematem będą kasowane bez mrugnięcia okiem. Jeśli chcesz, żebym do Ciebie zajrzała, zostaw swój adres pod komentarzem :)