niedziela, 8 października 2017

"To, co możliwe" Elizabeth Strout - recenzja

To, co nieuchwytne



W zeszłym roku Elizabeth Strout zachwyciła czytelników subtelną, choć niesamowicie sugestywną powieścią Mam na imię Lucy. Teraz powraca nie tylko do Lucy, ale i do miejsca, w którym się wychowała, do ludzi, o których rozmawiała z matką w szpitalnej sali. To, co możliwe rozwija historię Amgash i jego mieszkańców pokazując, że człowiek jest czymś więcej, niż tylko tłem w cudzej narracji.


Strout podąża za losem bohaterów, którzy w poprzedniej powieści byli jedynie częścią plotek, jakie opowiadała matka Lucy. Teraz otrzymali możliwość opowiedzenia swojej historii. Każdy jednak chociaż na chwilę zahacza myślą o tą małą, biedną Lucy, która stała się pisarką. Autorka sprytnie nawiązuje do swojego wcześniejszego utworu – opowiadając o losach bohaterów znanych czytelnikowi, wprowadza go do świata znajomego, a przez to łatwiejszego do oswojenia. Tym lepiej udaje nam się wsiąknąć w losy ludzi wycofanych, obcych, niespełnionych lub żyjących w pewnego rodzaju zawieszeniu, które czasem przypomina szczęście. Strout idzie o krok dalej, gdyż jej teksty korespondują ze sobą, są pewną całością. Poprzez nawiązywanie do postaci bądź sytuacji, które zostały już opisane, autorka zmienia zbiór opowiadań w uważny, wnikliwy i przede wszystkim spójny obraz społeczności, zależnej od siebie niczym naczynia połączone. Nietrudno wpłynąć na losy drugiego człowieka – nawet, jeśli się go nie zna, nawet jeśli tylko mija się go na ulicy, z grzeczności mówiąc „dzień dobry”.

Jednak nie to jest tematem przewodnim Tego, co możliwe – trudno jest nawet mówić o jednym motywie, który najsilniej wysuwa się na pierwszy plan w utworach Strout. Nie da się jednak nie zauważyć, że Amerykanka z upodobaniem przywołuje przeszłość swoich bohaterów, rozterki i traumy z lat młodzieńczych bądź wydarzenia, które odcisnęły piętno na ich dorosłym życiu. I choć brzmi to banalnie, właśnie na bazie tych istotnych zdarzeń, plam na życiorysie, momentów haniebnych bądź tragicznych, autorka buduje historie ludzi, którzy pomimo dobroczynnego działania czasu nie są w stanie zerwać z siebie określających ich metek. Przeszłość staje się punktem wyjścia, czynnikiem stanowiącym fundament całej psychologicznej konstrukcji człowieka jako jednostki, ale także człowieka jako istoty społecznej. Bo w opowiadaniach Strout ważne jest również spojrzenie na bohaterów będących częścią pewnego ekosystemu. Jak udaje im się wpisać w ogół, który kiedyś ich odrzucił bądź hołubił za urodę i dobre pochodzenie? Jak zmieniają się role społeczne i co oznacza to dla nieprzystosowanej jednostki? Istotne jest również to, że Amerykanka nie wartościuje swoich bohaterów, lecz z błyskotliwością, ale także delikatnością, skupia się na ich losach, poświęcając im całą możliwą uwagę. Strout sprawnie ucieka także przed pułapką moralizatorstwa, w którą z pewnością wpadłby każdy nieopierzony pisarz. Opowiadania z To, co możliwe są bowiem tak silnie zakorzenione w problematyce społecznej, iż nietrudno byłoby pokusić się w nich o ocenę zachowań bohaterów czy właśnie samego społeczeństwa. Autorka nie daje się jednak zapędzić w kozi róg i zamiast pouczać, słucha.

Wyczucie Strout widoczne jest nie tylko w kreacjach bohaterów czy świata przedstawionego, ale przede wszystkim w słowie, którym operuje z niesamowitą sprawnością. Prozę Amerykanki najlepiej chyba określa słowo ‘niepozorna’ – tkwi w niej siła, której nie da się dostrzec na pierwszy rzut oka. Jednak uważna lektura szybko przyniesie refleksję, że Strout waży każde słowo, które, dzięki prostocie przekazu, nie zostaje zakłócone przez niepotrzebne ozdobniki. Jej styl doskonale koresponduje z samą tematyką, dotykającą przecież zwykłego człowieka, który nie jest w stanie ubrać swoich lęków i pragnień w piękne słowa. Wychodzi więc realistycznie, bezpretensjonalnie, a jednak silnie emocjonalnie. Brawo, pani Strout.

To, co możliwe zaskakuje przede wszystkim dlatego, że jest niesamowicie przemyślanym dziełem. Można by pomyśleć, że to tylko zbiór opowiadań, jednak takie stwierdzenie jest dalekie od prawdy. To delikatna proza skupiona do granic możliwości na człowieku. Nie na fikcji, lecz na uczuciach – tych pulsujących pod skórą, gotowych wylać się w każdej chwili.

PS do tych, którzy nie czytali Mam na imię Lucy. Zanim zapoznacie się z tym zbiorem, proponowałabym poznanie historii Lucy Barton. Nie jest to konieczne, jednak pozwala na dokładniejszą, głębszą analizę. A o to przecież chodzi 😉.

Moja ocena: 7/10
Za podróż do Amgash, dziękuję
 Autorka: Elizabeth Strout
Tytuł: To, co możliwe
Data wydania: 13.09.2017
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 288

14 komentarzy:

  1. "Niepozorna proza" i silne emocje - to dla mnie wyznaczniki dobrej literatury. Cieszę się, że mam na półce. Pisarka mi nie umknie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie będę wypatrywać Twojej opinii na temat twórczości Strout :). Jakoś mam przeczucie,że się nie zawiedziesz.

      Usuń
  2. Nie czytałam "mam na imię Lucy" chociaż mam ją w planach od dłuższego czasu. Strout to ostatnio głośne nazwisko, a skoro piszesz, że jej powieść jest niezwykle sugestywna to nie pozostaje nic, jak tylko po nią sięgnąć.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musisz się martwić, że to nazwisko głośne tylko dzięki dobrej reklamie. Autorka warta jest uwagi. Skoro "Mam na imię Lucy" miałaś już w planach, warto te plany zrealizować ;).

      Usuń
  3. Elizabeth Strout - nazwisko, które warto śledzić. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja :). Chociaż muszę przyznać, że "Mam na imię Lucy" mnie nie zachwyciło - było dobrze, lecz te opowiadania są znacznie lepsze.
      Pozdrawiam, Joanno :).

      Usuń
  4. Czytałam już dwie książki Strout, w tym własnie "Mam na imię Lucy" i jestem pod wrażeniem jej prozy tak bardzo związanej ze zwykłym życiem i refleksyjnej. Mam i jej trzecią u nas wydaną książkę a cieszę się na tę, o której tu czytam....
    Jestem pełna podziwu dla tak świetnej prezentacji książki, która zachęca bardzo. Miło się dowiedzieć, że Autorka nawiązuje w niej do "Mam na imię Lucy".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro do Strout już nie trzeba Cię przekonywać, jestem pewna, że i z tych opowiadań będziesz zadowolona. Ja nie zachwyciłam się "Mam na imię Lucy", choć uważam, że to dobra powieść. Jednak te teksty zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie. A nie jestem fanką krótkiej formy. Dlatego mam nadzieję, że Ciebie również oczarują.
      I bardzo Ci dziękuję za miłe słowa :).

      Usuń
  5. Mhm, brzmi całkiem interesująco. Słyszałam już o autorce, ale żyłam w przekonaniu, że w jej przypadku to marketing powoduje popularność, a nie wartość książki sama w sobie. Dobrze wiedzieć, że jest inaczej :). Kiedyś sięgnę po jej prozę, lecz tak jak sugerujesz, zacznę od "Mam na imię Lucy" ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że u mnie było podobnie? ;) Zwykle tak mam z głośnymi nazwiskami. A tu zaskoczenie. "Mam na imię Lucy" jest dobrą powieścią, chociaż szału nie było. Ale postanowiłam, że spróbuję z opowiadaniami. I tu już szał się pojawił ;). Więc sięgaj po Strout, zachęcam!

      Usuń
  6. Oooo wpisuję na swoją listę książek, które muszę prędzej czy później przeczytać! Oczywiście, chciałabym zacząć od "Mam na imię Lucy". Społeczeństwo? Emocje? Brak moralizatorstwa? Biorę! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie - jestem ciekawa, jak Ci się spodoba ;). Chociaż do tych opowiadań "Mam na imię Lucy" nie jest konieczne, jednak warto poznać najpierw tę powieść.

      Usuń
  7. W sumie, to czytałam na razie tylko "Mam na imię Lucy"... i ja tego nie kupuję. Poczułam się wręcz oszukana i rozczarowana, bo moc dobrego o tej książce czytałam (gromkie okrzyki i oklaski w Magazynie Książki, najlepsza pozycja 2016). I przeczytałam i już o niej zapomniałam. A to nie o to chodzi. Tylko, żeby dawać do myślenia, wzbudzać emocje i być pamiętaną (książką/historią/autorką). Może, może dam jeszcze szansę pani Strout... Ponoć "Olive Kitteridge" dużo lepsze. Czytałaś co o tym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę, w takim razie jesteś jedną z niewielu osób, które się tym nie zachwycają ;). Ja czytałam i byłam zadowolona, choć nie uważam, by była to wybitna powieść. Była dobra, choć raczej w dość niepozorny sposób. I rzeczywiście zostawia raczej wspomnienie, niż pamięć na temat fabuły.
      Te opowiadania podobały mi się dużo bardziej - więcej w niej było postaci, które warto zapamiętać, więcej tematów, które można śledzić. "Olive..." nie czytałam, choć z tego co pamiętam, to właśnie za nią dostała Pulitzera. Przymierzam się do "Braci Burgess", moja koleżanka mocno zachwalała tę książkę. Zobaczymy :)

      Usuń

Zostaw po sobie ślad, za każdy jestem niezmiernie wdzięczna :)
Pamiętaj jednak o netykiecie. Wiadomości niecenzuralne, obelżywe i niezwiązane z tematem będą kasowane bez mrugnięcia okiem. Jeśli chcesz, żebym do Ciebie zajrzała, zostaw swój adres pod komentarzem :)