poniedziałek, 15 lutego 2016

"W drodze nad morze żółte" Nic Pizzolatto - recenzja



  

  Wędrówka po czyśćcu


Kiedy dwa lata temu zaczęłam oglądać nietuzinkowy, świetnie napisany i jeszcze lepiej zagrany serial True Detective, zakochałam się tak szybko, jak to tylko możliwe. Od pierwszych ujęć, pierwszych wypowiedzianych słów, a może już podczas nostalgicznego, niepokojącego wstępniaka. Dlatego, gdy tylko w zapowiedziach wydawnictwa Marginesy zobaczyłam zbiór opowiadań Nica Pizzolatty – twórcy wyżej wspomnianego serialu – postanowiłam sobie, że muszę go przeczytać. Wiecie doskonale, że tego typu gwałtowne miłości często kończą się bólem rozczarowania, okrutnym zderzeniem z rzeczywistością i poczuciem straconej szansy na odkrycie czegoś pięknego. Czy tak było i w tym przypadku? Tego dowiecie się z recenzji.




Nie jestem i nigdy nie byłam wielką fanką opowiadań, choć potrafię docenić autora, który na tyle sprawnie operuje językiem i własną wyobraźnią, by odnaleźć się w trudnej sztuce tworzenia krótkich form. Sądzę, że tego typu teksty wymagają od artysty więcej umiejętności literackich, a także, najzwyczajniej w świecie, zdolności do zapanowania nad materią, jaką jest język. Opowiadania nie powinny się bowiem rozlewać, płynąć powoli, rozprzestrzeniać się i wybierać coraz to nowe, poboczne drogi. Muszą kondensować ogrom uczuć, uderzać prosto w punkt, który po kilkunastu stronach wyda się czytelnikowi na tyle ważny, by pamiętać o danej historii, choć była jedynie krótkim wycinkiem, jedną z wielu opowieści. Dokładnie takie są teksty Pizzolatty – konkretne, surowe i, co niezmiernie ważne, nie pozbawione subtelnego namysłu nad rzeczywistością. A nad światem ukazanym w tych jedenastu opowiadaniach z pewnością należy się nachylić, pomyśleć, a potem gorzko zapłakać.



Słuchając jęku syren, wpatrując się w żółto-pomarańczowe płomienie, dym uciekający pod niebo i kurz nadciągający od strony drogi, miał wrażenie, że współuczestniczy w obu tych zjawiskach: uciekał i nadciągał, zostawał i odchodził, wszystko jednocześnie.



W drodze nad morze żółte może się niektórym z Was wydać zbiorem niepozornym, pozostawiającym zbyt szeroko otwartą furtkę, w której zmieści się nie tylko interpretacja, ale także dalsze życie, być może pozbawione jakiejkolwiek zmiany. Prawda jest jednak taka, że Pizzolatto pozostawia swoich bohaterów w najważniejszych momentach ich życia, w chwilach, które muszą zaważyć na dalszym ciągu ich prywatnej opowieści – umocnić, lub złamać, zbudować na nowo lub zostawić w poczuciu beznadziei. Każdy z nich przeżywa swój mały, kameralny dramat, choć na pierwszy rzut oka nie należą one do dramatów spektakularnych. Wydawać by się mogło, że postaci z opowiadań Pizzolatty to nasi sąsiedzi, ludzie mijani na ulicy, osoby zwykłe i szare, które szarość traktują jako normalną kolej rzeczy. Wyjątkiem jest bohater ostatniego opowiadania, który, jako wykładowca uniwersytecki, posiadający wszystko, co uważał za istotne, po stracie ukochanej osoby uświadamia sobie, że całe życie czekał na to, by się stoczyć i zostać pojebem. Nie zrozumcie mnie jednak źle – ludzie zasiedlający świat wykreowany przez autora (raczej) nie należą do marginesu. Wiążą koniec z końcem, każdy kolejny dzień niczym nie różni się od poprzedniego, a czekającą na nich przyszłość otula gęsta mgła. Jednak w pewnym momencie dzieje się coś, co zmusza ich do zrewidowania prowadzonego przez nich życia, przeszłości lub własnej tożsamości. Dokładnie te chwile, najważniejsze chwile życia, opisał Nic Pizzolatto.



Poczuł, jak znów pętają go więzy pragnień i pożądania, i stało się jasne, że nie ma żadnego wyboru, że ten świat nigdy go nie wypuści.



Proza Pizzolatty jest niesamowicie sugestywna, skupiona przede wszystkim na człowieku, ale także na otaczającym go świecie, bez którego jego bohaterowie nie byliby sobą, niejako wyprani z przeszłości, pozbawieni podstaw. Rzeczywistość kreślona na kartach opowiadań jest surowa, choć nie pozbawiona piękna, pełna barw, z tym że barwy te zwykle kojarzą się ze smutkiem zachodzącego słońca, przejmującą czerwienią i pomarańczą wpadającą w brąz, a w końcu w czerń. Autor kreśli nam obrazy pełne smutku, melancholii i rezygnacji, z której czasem wyłania się niewielka iskierka nadziei – wola człowieka, który poznaje własne ograniczenia i lęki, pragnie zmiany i oczyszczenia.



W drodze nad morze żółte to niesamowity zbiór opowiadań, pełen bólu i smutku, skrywanego w niewielkiej, niesamowicie sugestywnej formie. Z pewnością jeszcze nie raz sięgnę po twórczość pana Pizzolatty, który pokazał, że ma nie tylko talent, ale także wrażliwość i umiejętności. Czego chcieć więcej?

Moja ocena:
 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję


Tytuł: W drodze nad morze żółte
Autor: Nic Pizzolatto
Data wydania: 03.02.2016
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 288

27 komentarzy:

  1. Zainteresowałaś mnie tym zbiorem opowiadań. Zapiszę sobie tytuł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę:) mam nadzieję, że kiedyś uda Ci się po niego sięgnąć.

      Usuń
  2. opowiadania... z tym się jeszcze nie spotkałam , ale to tylko i wyłącznie moja wina :P Dziękuje za umilenie mi wieczoru swoją recenzją :) Pozdrawiam Pośredniczka z posredniczkaa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję za tak miłe słowa:) Zbiory opowiadań są bardzo często nierówne, trzymają różny poziom,ale można w nich znaleźć perełki. Może uda Ci się trafić na taki, który ma same perełki;)

      Usuń
  3. Zainteresowałaś mnie tym serialem! Muszę zobaczyć, czy jest gdzieś dostępny w czeluściach internetu. Jeśli mi się spodoba, to kto wie, może i na książkę się skuszę? :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak,serial jest rzeczywiście niesamowity. Niektórzy twierdzą, że przeintelektualizowany, ale ja się z tym nie zgadzam. Jest nietuzinkowy. Naprawdę warto:)
      Pozdrawiam również:)

      Usuń
  4. Masz ostatnio nosa do dobrych książek :) Również nie jestem fanką opowiadań, ale nie wzbraniam się przed czytaniem jeśli ktoś poleca ciekawą antologię i tak też jest w tym przypadku :) No i chyba nie muszę mówić, że na "True Detective" też mam ochotę, muszę tylko uporać się z serialami, które aktualnie oglądam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam,rzeczywiście, i już zaczynam zastanawiać się, kiedy ta dobra passa się skończy;) w takim razie mam nadzieję, że jeśli już sięgniesz po ten zbiór, będzie on dla Ciebie tak samo dobry i wymagający jak dla mnie:) A serial? Aj, szkoda,że jeszcze go nie znasz. dla niektórych to bełkot, dla mnie kawał dobrego, przemyślanego scenariusza. Może uda Ci się znaleźć na niego czas:)

      Usuń
    2. Uda mi się na pewno znaleźć czas na serial, ale teraz oglądam TWD, iZombie, Flasha i The Following, więc niech chociaż jeden się skończy to jakoś ogarnę :) Natomiast co do książkowej passy, mam nadzieję, że jak najdłużej będziesz trafiać na świetne powieści :)

      Usuń
    3. Nieźle, trochę tych seriali jest ;) Co do "The following" - ja się poddałam w połowie 1 sezonu. Sam pomysł na mordercę był ok, ale formuła serialu strasznie mi się nie podobała. + okropnie drewniany Kevin Bacon.

      Usuń
    4. No trochę ich mam, a jeszcze więcej w planach. A mnie The Following urzekło, oglądałam z wypiekami na twarzy i napisałam bardzo entuzjastyczną recenzję :) Bacon moim zdaniem gra w porządku :) Teraz jestem na drugim sezonie i dalej mi się podoba.

      Usuń
  5. Nie za bardzo przepadam za opowiadaniami. Nie wiem, czy warto się skusić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę Cię w takim razie przekonywać:) Jednak to naprawdę dobre teksty, smutne, melancholijne i wymagające uwagi czytelnika.

      Usuń
  6. Nie miałam tej książki w planach. Powiem więcej - nie wiedziałam o jej istnieniu ;-). Ale serial kojarzę, jest na mojej długiej liście "serialowych wyrzutów sumienia", a jednym z powodów, na której tam się znalazł, jest osoba mojego ulubionego aktora.
    Na razie czekam na powtórkę sezonu "Fargo 2" w 'ale kino'. O jego emisji zorientowałam się mniej więcej w połowie, ale tak to jest, jak się ma głowę w chmurach. A nos w książkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla ulubionego aktora McConaughey czy Harrelsona? :) (drugiego sezonu nie liczę, bo zupełnie go nie znam)
      "Fargo" znam tylko z filmowej wersji, która niesamowicie mi się podobała. Jednak jakoś nie mogę zabrać się za serial, chyba brak mi na niego weny :)

      Usuń
    2. A jak myślisz? ;-)
      "Fargo" serialowe jest po prostu rewelacyjne. Uczta! Śmiem twierdzić, że jest lepsze niż film. Bardzo polecam - przynajmniej sezon I, bo II, jak pisałam, dopiero w planach.

      Usuń
    3. O rzesz... trudne zadanie. McConaughey, chociaż ma ostatnio dobrą passę, bardziej kojarzy mi się z aktorem grającym w komediach romantycznych. A tego typu filmy z kolei nie pasują mi do Ciebie :) Strzelam więc, że Harrelson - mniej znany, acz uroczy i utalentowany :)
      Skoro tak zachwalasz "Fargo" (lepsze niż film?!) to chyba się pokuszę. Obecnie mam mało czasu na czytanie, a co dopiero seriale, ale na pewno sobie nie odpuszczę :)

      Usuń
    4. Bingo! Tak, to właśnie Woody - uroczy, utalentowany, a przy tym odrobinę łobuzerski i zupełnie nieprzewidywalny. Mój typ ;-)
      Skuś się na "Fargo", koniecznie! Billy Thornton przechodzi tam samego siebie. Podobno sezon 2 też niezły - niektórzy twierdzą nawet, że lepszy od jedynki, w co trudno mi uwierzyć - więc się niecierpliwię, bo za chwilę marzec, a TV wciąż nie daje powtórek.

      Usuń
    5. Masz rację - ma w sobie coś łobuzerskiego:) w "trudno detective" gra świetnie, więc powinnaś być zadowolona. Skoro tak zachwalasz, to zdam się na Ciebie i spróbuję szczęścia z tym serialem. Zobaczymy co z tego wyjdzie:)

      Usuń
  7. Za opowiadaniami nie przepadam i musi coś na prawdę mnie zainteresować, żebym się przekonała do tej formy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, również nie jestem fanką opowiadań:) Ostatnio jednak trafiam na dobre zbiory i chyba coraz bardziej przekonuję się do tej formy.

      Usuń
    2. Jedyne opowiadania, które mi się podobają, wychodzą spod pióra Jeffreya Deavera :)

      Usuń
    3. Hmm nazwisko kojarzę, choć twórczości tego Pana jeszcze nie znam. Polecasz coś? - prócz "Kolekcjonera kości", bo tę historię znam bardzo dobrze :)

      Usuń
  8. A ja lubię opowiadania. Tym bardziej nie będę się przed tym tomikiem bronić. Przyznaję też, że gdyby nie Ty, nie miałabym o książce bladego pojęcia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie cieszy, że podsunęłam Ci coś, o czym nawet nie słyszałaś :) Mam nadzieję, że Pizzolatto również Ciebie skłoni do refleksji.

      Usuń
  9. Lubię opowiadania i lubię poznawać skomplikowane charaktery w książkach, więc mogłabym przeczytać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie bardzo polecam :) opowiadania są nietypowe, stonowane i niekiedy bardzo smutne, ale to z pewnością literatura warta poznania :)

      Usuń

Zostaw po sobie ślad, za każdy jestem niezmiernie wdzięczna :)
Pamiętaj jednak o netykiecie. Wiadomości niecenzuralne, obelżywe i niezwiązane z tematem będą kasowane bez mrugnięcia okiem. Jeśli chcesz, żebym do Ciebie zajrzała, zostaw swój adres pod komentarzem :)