sobota, 13 lutego 2016

Okiem na film "Spotlight"



 

Ofiary mają głos 

 

Jak zapewne zauważyliście, na blogu dość rzadko pojawiają się recenzje filmów – wyjątkiem jest seria Horror w krótkim metrażu i wczesny tekst krytycznoliteracki dotyczący Źródła Darrena Aronofsky’ego. Dziś jednak mam zamiar przełamać ten schemat. Spotlight zasługuje na to, by mówić o nim dużo i wszędzie, gdzie tylko się da.




Rok 2001. W The Boston Globe pojawia się nowy redaktor naczelny, Marty Baron. Jako osoba z zewnątrz ma wystarczająco dużo odwagi i samozaparcia, by zainteresować się sprawą dotyczącą przestępstw seksualnych dokonywanych przez bostońskich duchownych. Baron zleca to zadanie zespołowi Spotlight – reporterom śledczym, zdolnym grzebać w materiale przez długie miesiące, by dojść do sedna problemu, obnażyć go i ukazać opinii publicznej. Żaden z nich nie spodziewał się jednak, że liczby ofiar będą się zwiększać, zaś oprawcy pozostaną bezkarni, odsyłani w ramach kary z parafii do parafii.



Kontrowersyjny temat nie wystarczy, by film był dobry. Co więcej, może podkusić niewprawionego reżysera do zabiegów, które w dużym natężeniu zniszczą świetny materiał, a widza pozostawią jedynie z poczuciem zmarnowanego potencjału. Spotlight taki nie jest. McCarthy doskonale poradził sobie z trudną, bolesną i bardzo nieprzyjemną dla ogromnej rzeszy ludzi materią (warto podkreślić chociażby słabe, w porównaniu z innymi dziełami nominowanymi do Oscara, rozreklamowanie filmu w Polsce). W Spotlight nie uświadczycie tanich, chwytających za serce scen rodem z Hollywood. Owszem, od czasu do czasu reżyser zmusi nas do dostrzeżenia dzieci przejeżdżających rowerkami przez, wydawałoby się, spokojne ulice czy naszych bohaterów zdruzgotanych okropieństwem, nad którym muszą siedzieć dniami i nocami. Takich scen jest jednak niewiele, a większość smutku, zła i deprawacji kryje się poza kamerą, w jednym bądź dwóch ujęciach – sugestywnych, wskazujących na palący problem - lub w błyskotliwych dialogach. Choć film dotyczy ofiar gwałtu, McCarthy nie próbuje wciskać nam łzawych kawałków, płaczu jest w Spotlight bardzo niewiele. Jest on kłopotliwy, jak w przypadku zwierzeń homoseksualisty, wykorzystywanego w dzieciństwie przez księdza, który zdawał się go akceptować, lub też jedynie wspomniany, choć nie pokazany widzowi. Podobnie sprawy mają się ze wskazaniem ogromnego problemu, z którym borykać muszą się molestowane seksualnie dzieci – ze społecznym upadkiem, problemami z prawem czy popadaniem w różnego rodzaju uzależnienia. Takie osoby stają się łatwym przeciwnikiem w walce z prawnikami, którzy podważają ich zdanie powołując się na rozchwianie emocjonalne i kartotekę pełną wykroczeń, która tak silnie kontrastuje z niezachwianą reputacją niejednego dobrotliwego księdza. Reżyser w jednym ujęciu potrafi ukazać zdenerwowaną ofiarę opowiadającą o traumie, jednocześnie zasłaniającą rękę usianą śladami po igłach. Tu nie trzeba tłumaczenia, nie trzeba więcej niż tak sugestywny obraz, który każe nam się zastanowić nad wszystkimi konsekwencjami gwałtu.



Spotlight to także stare, dobre śledztwo, które widz będzie śledził z wypiekami na twarzy, pomimo że nie uświadczy w nim wyścigów czy niespodziewanych zwrotów akcji. To nie akcja liczy się w tym filmie, a praca – ciężka, żmudna i wykańczająca praca reporterska. Reżyser wyraźnie zaznaczył, że research potrzebny do napisania artykułu, który w rezultacie przyniósł dziennikarzom Pulitzera, trwał prawie rok. W tym czasie każdy członek czteroosobowego zespołu był bardziej zajęty wertowaniem starych ksiąg i wycinków prasowych, próbą dotarcia i rozmowami z ofiarami niż życiem prywatnym i rodzinnym. Właściwie nie widzimy w filmie rodzin naszych bohaterów. Pozostają one ukryte, są gdzieś poza kadrem, niczym wyrzut sumienia, który jednak trzeba zagłuszyć dla dobra sprawy.



Mark Ruffalo i Mike Rezendes
Na koniec warto powiedzieć kilka słów na temat gry aktorskiej, choć to zadanie jest dużo trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. McCarthy bowiem oparł swój film na jednym głównym bohaterze, którym nie jest żaden z dziennikarzy The Boston Globe. Bohaterem tym jest śledztwo samo w sobie, sprawa, której tym razem nikt nie wyciszy, artykuł, który uderzy w sam system – stary, zgniły i niemoralny. Dlatego też żaden z aktorów nie został wyróżniony, żaden nie powinien wybijać się na pierwszy plan. Z uwagą śledzimy losy wszystkich czterech postaci (choć trzeba przyznać, że bohater grany przez Briana d’Arcy’ego Jamesa miał trochę mniej możliwości do popisu, niż pozostała trójka aktorów), które z fanatycznym wręcz oddaniem rezygnują z odpoczynku i życia prywatnego, by naświetlić sprawę, która wstrząśnie nie tylko Bostonem, ale także całą Ameryką i skłoni inne miasta do tego, by spojrzeć kościołowi na ręce. Cieszy mnie niezmiernie, że Michael Keaton znów wraca na wielki ekran. Najpierw Birdman, teraz Spotlight – oby Hollywood dalej proponowało mu role, w których będzie mógł nas zaskakiwać i pokazywać swoje aktorskie umiejętności. Na dużą pochwałę zasługuje także Mark Ruffalo, nominowany zresztą do Oscara. Ruffalo nie skradł być może całej uwagi, jednak świetnie uporał się z rolą Mike’a Rezendesa, nadpobudliwego i, wydawać by się mogło, trochę głupkowatego dziennikarza o wybuchowym temperamencie. Jak jednak napisałam wcześniej, to nie aktorzy grają tutaj pierwsze skrzypce, a ta gwiazdorska obsada doskonale poradziła sobie z tym zadaniem, usuwając się odrobinę na bok i nie przysłaniając swoim blaskiem tego, co w Spotlight jest najistotniejsze.


Spotlight to kino doskonałe, pełne napięcia, zaangażowane i zmuszające widza do uczestnictwa. Co jednak najważniejsze, jest to film, który wstrząsa i pozostawia nas samych ze swoimi myślami na bardzo długi czas. Dzieło bolesne, dla wielu kłopotliwe, dla innych niewygodne – dzieło głośno mówiące o niesprawiedliwości, o gwałcie fizycznym i psychicznym, o chorym systemie, który potrzebuje zmiany. Zmiany przede wszystkim w ludziach. 
Obsada i dziennikarze

Moja ocena:
8/10


Tytuł: Spotlight
Reżyser: Tom McCarthy
Produkcja: USA
Obsada: Mark Ruffalo, Michael Keaton, Rachel McAdams, Brian d’Arcy James, Stanley Tucci

6 komentarzy:

  1. Słyszałam o tym filmie, ale nie miałam okazji obejrzeć. Mam nadzieję, że nadrobię zaległości w najbliższym czasie ;)

    Pozdrawiam!
    http://myfantasticbooksworld.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również mam taką nadzieję - film jest naprawdę wart uwagi :)
      Pozdrawiam również:)

      Usuń
  2. Nie przypuszczałam, że to tak dobry film. Po samym opisie fabuły zaklasyfikowałam go właśnie do tej grupy żerujących na kontrowersyjnym temacie, ale skoro jest inaczej to będę miała go na uwadze. Nie wiedziałam też o nominacji do oscara, ale to w sumie nie powinno mnie dziwić, bo jakoś ta nagroda wydaje mi się mocno przereklamowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, pozory mylą ;) Trochę się bałam, że film będzie jechać łzawymi, hollywoodzkimi zagraniami, ale nie - to kawał dobrego kina. Już sam temat może nieźle wychłostać, dodatkowe świetne wykonanie sprawia, że po wyjściu z kina można odczuwać wręcz fizyczny ból.
      Oscar może nie jest wyznacznikiem, ale jednak co rok kusi mnie, żeby zapoznać się z finałowymi filmami :)

      Usuń
  3. Spodziewałem się, ze Ci się spodoba.

    Ja się zastanawiam w kontekście Oscarów czy ten film aby przypadkiem nie zaczął wyrastać na faworyta, albo bodaj czarnego konia. Coś mi się wydaje że jednak prędzej od Zjawy wpadnie mu statutetka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Film był genialny, więc trudno,żeby mi się nie podobał;)
      Też mi się tak wydaje. Choć w Polsce "Spotlight" jest relatywnie słabo rozreklamowane, w Stanach to chyba wielki hit. I bardzo dobrze:)

      Usuń

Zostaw po sobie ślad, za każdy jestem niezmiernie wdzięczna :)
Pamiętaj jednak o netykiecie. Wiadomości niecenzuralne, obelżywe i niezwiązane z tematem będą kasowane bez mrugnięcia okiem. Jeśli chcesz, żebym do Ciebie zajrzała, zostaw swój adres pod komentarzem :)