czwartek, 28 grudnia 2017

"Herezje chwalebne" Lisa McInerney - recenzja



 Katolicka Irlandia odwraca oczy


Jak to dobrze, że niektórzy autorzy, nie bojąc się ciężaru poruszanego tematu, śmiało rozpoczynają z czytelnikiem grę – pełną ironii, kąśliwości, dla niektórych nawet będącą policzkiem. Bo przecież jak tu mówić o religii, by nie urazić czyichś uczuć? Lisa McInerney nie głaszcze nikogo po główce, a katolicką Irlandię uderza w najbardziej palące miejsca, bez większych sentymentów. Nie ma w niej jednak nienawiści, bezwzględności. Jest za to chęć oddania głosu tym, którzy przez kołtuńskie, ślepe społeczeństwo traktowani są jak zadżumieni.



Jednak nie jest to powieść stricte o religii – ona stanowi jedynie tło, dodatek, którego nie dałoby się usunąć z tak wypaczonego środowiska. Ta historia ma w sobie o wiele więcej niż obrazoburczość, którą wykorzystuje się jako hasło reklamowe do promowania Herezji chwalebnych.

Ryan nie czuje się w swoim domu mile widziany. Śmierć matki to jedno, ale wiecznie pijany wiecznie zły ojciec, który na każdym kroku pokazuje mu, jak wiele potrafi zdziałać jego pięść, wyciskają z nastolatka ostatnie siły. Chłopak musi radzić sobie sam. Handlowanie narkotykami to tylko jedna z dróg, którą mógł wybrać, wcale nie najłatwiejsza, nie tak wygodna, jak mogłoby się wydawać. Jednak Ryan idzie właśnie w tę stronę, do świata, z którego trudno uciec. Chłopak nie jest jedynym bohaterem Herezji chwalebnych – McInerney pozwala wypowiedzieć się każdemu. Dziwce, pijakowi, mordercy, a także kobiecie, która pewnego dnia przypadkowo zabija człowieka za pomocą świętego kamienia.


Kościół potrzebuje ślepego wyznawcy. Twojej matki, mojej matki, ludzi łechczących ego dobrodzieja, wszyscy w tym siedzą. Dostali swoją kategorię i się jej uczepili. Kościół tworzy swoich grzeszników, żeby miał kogo zbawiać.


Ta narracja, pełna przekleństw, ironii, czarnego humoru i zalewającej wszystko beznadziei, potrafi porządnie uprzykrzyć życie czytelnikowi. Bo Herezje chwalebne są powieścią niewygodną, uwierającą, a przez to trudną do przełknięcia na raz. Trzeba w ten świat wejść siłą, chociaż McInerney ułatwia to świetnym stylem i błyskotliwością. Doskonale czyta się jej dialogi, żywe i realistyczne, pełne autentycznego brudu ulic Cork. Z pewnością w oryginale wypadają jeszcze lepiej, jeszcze bardziej lepko i nieprzyjemnie. Opisy zaś, cały świat przedstawiony, zdają się tętnić czymś odpychającym i jednocześnie przyciągającym, wydaje się wręcz, że ta smętna rzeczywistość mogłaby przydusić nas, rozgryźć i przełknąć w kilka sekund. Nic więc dziwnego, że bohaterowie powieści, tak różni, a jednocześnie tak do siebie podobni, bronią się przed każdym gestem i słowem, a po swoim mieście kroczą ostrożnie, niczym po wybiegu lwa. Kogo mogą zdenerwować zbyt pewnym siebie zachowaniem? Pijanego ojca, niebezpiecznego kumpla z dawnych lat, alfonsa – McInerney pokazuje świat pełen zależności, w którym wcale nie tak trudno nakręcić spiralę przemocy. 


Una Phelan była przerażoną jędzą, zadomowioną w konającej Irlandii, warczącą zajadle na każdą możliwość jej zmartwychwstania jako inny kraj. Dla niej jedyną władzą była Trójca Święta: księża, zakonnice, sąsiedzi. Oto pierwsze pokolenie nowej Republiki, naród wychowany na de Valerze i arcybiskupie McQuaidzie, ludzie na klęczkach. 


Autorka zestawia wiarę chorą, ślepą, zakłamaną, z całkowitym jej brakiem. Jej bohaterowie są rozgoryczeni, źli, ale przede wszystkim zagubieni. Nikt ani nic, żadna boska moc, żadna religia, nie są w stanie wskazać im miejsca, w którym powinni być, pokazać drogi, którą trzeba obrać. Tę siłę muszą odnaleźć w sobie, choć realia nie sprzyjają wielkim duchowym przemianom. Tam Biblia jest całkiem niezłą improwizowaną podkładką do zrobienia kreski, szkaplerz można przywiązać w burdelu, by podczas taśmowego seksu rozmyślać o życiowych błędach, a dewocjonalia są dobre jak wszystko inne, by zabić człowieka. Przypadkowo, ale jednak. U McInerney do kościołów chodzi się na klęczkach, lub się je pali – z czystym sumieniem i bez błysku opętania w oku. Ogień oczyszcza bardziej niż spowiedź. 

W całym tym tyglu pojawia się jeszcze temat rodziny, nierozerwalnych więzów krwi, które bywają niewygodne, kłopotliwe. Głównie przez przemoc, która dotyka członków rodziny lub pojawia się gdzieś na obrzeżach, jako znak niegodziwości, brak moralności. Relacja Ryana i Tony’ego – chora, pełna brutalności, a jednak podszyta pewną dozą szorstkiego ciepła, choć jest w niej przede wszystkim strach. Strach syna, który boi się kolejnych uderzeń i strach ojca, który wie, że jest coraz słabszy, a jego pociecha coraz silniejsza. Tkwi w tym pewne przekleństwo powtarzalności, być może zapisane w genach, a może ukształtowane przez nieprawidłową socjalizację. W odwrotnej sytuacji jest Maureen i Jimmy, matka i syn, którzy poznali się dopiero po dwudziestu latach. Odebrane siłą dziecko, wygnanie do innego kraju, życie jakby w zawieszeniu – Maureen odebrano możliwość ukształtowania swojego dziecka, nadania mu czegoś więcej, niż ciała. Czemu Jimmy stał się przestępcą, choć żył w domu, w którym wielbi się boga i kościół? McInerney wyraźnie interesują rodzinne zależności, choć pozwala im płynnie przenikać inne rozwiązania fabularne. Odmawia sobie przy tym i filozofowania, i usilnego moralizowania, przez co ta skomplikowana historia ma możliwość zabrzmieć autentycznie i przejmująco. Autorce udaje się to doskonale.

Taki świat przedstawiony to prawdziwe cacko – świetnie zgrany, przekonujący i różnorodny, pomimo wielu podobieństw, wspólnych traum i uwarunkowań. McInerney spisała się doskonale, przekazując i opowiadając historię, ale nie oceniając swoich bohaterów. Szkoda, że prawdopodobnie na tłumaczenie The Blood Miracles, drugiej części Herezji chwalebnych, trzeba będzie poczekać.

Moja ocena: 7,5/10

Za podróż do zapyziałego Cork, dziękuję
 Autorka: Lisa McInerney
Tytuł: Herezje chwalebne
Data wydania: listopad 2017
Tłumaczenie: Robert Sudół
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 408