środa, 7 czerwca 2017

"Wszyscy patrzą" Megan Bradbury - recenzja


Miasto, które nigdy nie śpi


New York, New York śpiewał kiedyś Frank Sinatra, zachwycając się miastem, które nigdy nie śpi. To samo czyni Megan Bradbury, opowiadająca o Nowym Jorku z punktu widzenia czterech mężczyzn: znanych, kochanych, nienawidzonych przez wielu, dla miasta zaś anonimowych, jak wszyscy inni jego mieszkańcy.


Walt Whitman, Robert Moses, Robert Mapplethorpe i Edmund White – artyści, dziwacy, samotnicy, autorytety. Wymieniać można dalej i trudno byłoby określić ich razem i każdego z osobna. Wiele ich dzieli, chociażby czasy, w których przyszło im żyć. Łączy ich jednak Nowy Jork, ukochane miasto, do budowy którego udało im się dołożyć kilka cegiełek.

Wszyscy patrzą to powieść-kolaż, zlepek przeżyć czwórki mężczyzn, których poznajemy jedynie powierzchownie, jakby ukrywali się za fasadami wieżowców bądź za przejeżdżającymi żółtymi taksówkami. To bohaterowie, którzy prowadzą nas przez znane sobie zakamarki, ulubione knajpy, tanie mieszkania czy kluby, w których można zaznać przyjemności. Bradbury wskazuje zatem nie tylko na sam Nowy Jork – wielką, nieprzyjazną przestrzeń – lecz na pewne jego wycinki, które tworzą swojego rodzaju mapę miejsc i przeżyć. Czy miasto staje się przez to bardziej oswojone?

Nie da się ukryć, że autorka wzięła na warsztat przedziwną mieszankę, z której wyłowić możemy trzech artystów, bardzo od siebie różnych, i jednego człowieka z wizją, którą pragnie przekuć w czyn. To właśnie on wyróżnia się wśród nakreślonych przez Bradbury bohaterów. Jako jedyny ma realny wpływ na wygląd Nowego Jorku, na jego budowę i na warunki życia jego mieszkańców. Dzięki postaci Roberta Mosesa, autorka pokazuje swoim czytelnikom, że choć Nowy Jork może być uwielbiany przez wielu, jest on miastem budowanym na nieszczęściu biednych i uprzywilejowaniu tych, którzy mają środki na życie w luksusie. Moses nie cofał się przed niczym, by osiągnąć swój cel – nie dbając o to, że pozbawia ludzi domów i ich własności, konsekwentnie budował wizję idealnej przestrzeni, dostosowanej do swoich potrzeb. To postać, do której trudno zapałać sympatią, ale też nie taki cel przyświecał Badbury. Autorka chciała przecież pokazać bezwzględną twarz Nowego Jorku.

Trudno jednak mówić o bohaterach powieści, gdyż Bradbury – niejako popadając w pułapkę wybranej przez siebie formy – odebrała czytelnikowi możliwość poznania, a także utożsamienia się z mężczyznami ukazanymi w powieści. Ta szczątkowość ma swoje uzasadnienie. Autorka pragnęła przecież ukazać małość człowieka w wielkim mieście, jego śmiertelność w otoczeniu budynków i ulic, które zmieniają się, lecz nie umierają. Trudno jednak przebić się przez tę barierę chłodu, rzeczowości i odnaleźć w bohaterach pierwiastek ludzki, który przecież powinien wskazywać na kolejną dychotomię powieści – na to co żywe i martwe. Człowiek żyje życiem własnym, miasto jedynie tym zapożyczonym. Jednak, choć bardzo bym chciała, nie dostrzegłam tych pulsujących pod skórą żył, tętniących uczuć, pełni życia w wielkim mieście. 

Nie mogę powiedzieć, by Wszyscy patrzą było najlepszym debiutem, jaki czytałam. Nie nazwałabym też tej powieści monumentalną. Jednak Bradbury pokazała, że jest autorką dojrzałą, która wie, jak naginać język i formę, by uzyskać upragniony cel.

Moja ocena: 5/10

Za podróż do Nowego Jorku dziękuję
 
Autorka: Megan Bradbury
Tytuł: Wszyscy patrzą
Data wydania: 11.04.2017
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 312