Miasto, które nigdy nie śpi
New York, New York śpiewał kiedyś Frank Sinatra, zachwycając się miastem, które nigdy nie śpi. To samo czyni Megan Bradbury, opowiadająca o Nowym Jorku z punktu widzenia czterech mężczyzn: znanych, kochanych, nienawidzonych przez wielu, dla miasta zaś anonimowych, jak wszyscy inni jego mieszkańcy.
Walt Whitman, Robert Moses, Robert
Mapplethorpe i Edmund White – artyści, dziwacy, samotnicy, autorytety.
Wymieniać można dalej i trudno byłoby określić ich razem i każdego z osobna.
Wiele ich dzieli, chociażby czasy, w których przyszło im żyć. Łączy ich jednak
Nowy Jork, ukochane miasto, do budowy którego udało im się dołożyć kilka
cegiełek.
Wszyscy
patrzą to powieść-kolaż, zlepek przeżyć czwórki mężczyzn,
których poznajemy jedynie powierzchownie, jakby ukrywali się za fasadami
wieżowców bądź za przejeżdżającymi żółtymi taksówkami. To bohaterowie, którzy
prowadzą nas przez znane sobie zakamarki, ulubione knajpy, tanie mieszkania czy
kluby, w których można zaznać przyjemności. Bradbury wskazuje zatem nie tylko na
sam Nowy Jork – wielką, nieprzyjazną przestrzeń – lecz na pewne jego wycinki,
które tworzą swojego rodzaju mapę miejsc i przeżyć. Czy miasto staje się przez
to bardziej oswojone?
Nie da się ukryć, że autorka wzięła na
warsztat przedziwną mieszankę, z której wyłowić możemy trzech artystów, bardzo
od siebie różnych, i jednego człowieka z wizją, którą pragnie przekuć w czyn.
To właśnie on wyróżnia się wśród nakreślonych przez Bradbury bohaterów. Jako
jedyny ma realny wpływ na wygląd Nowego Jorku, na jego budowę i na warunki
życia jego mieszkańców. Dzięki postaci Roberta Mosesa, autorka pokazuje swoim
czytelnikom, że choć Nowy Jork może być uwielbiany przez wielu, jest on miastem
budowanym na nieszczęściu biednych i uprzywilejowaniu tych, którzy mają środki
na życie w luksusie. Moses nie cofał się przed niczym, by osiągnąć swój cel –
nie dbając o to, że pozbawia ludzi domów i ich własności, konsekwentnie budował wizję idealnej przestrzeni, dostosowanej do swoich potrzeb. To postać, do
której trudno zapałać sympatią, ale też nie taki cel przyświecał Badbury.
Autorka chciała przecież pokazać bezwzględną twarz Nowego Jorku.
Trudno jednak mówić o bohaterach powieści, gdyż
Bradbury – niejako popadając w pułapkę wybranej przez siebie formy – odebrała czytelnikowi
możliwość poznania, a także utożsamienia się z mężczyznami ukazanymi w
powieści. Ta szczątkowość ma swoje uzasadnienie. Autorka pragnęła przecież
ukazać małość człowieka w wielkim mieście, jego śmiertelność w otoczeniu
budynków i ulic, które zmieniają się, lecz nie umierają. Trudno jednak przebić
się przez tę barierę chłodu, rzeczowości i odnaleźć w bohaterach pierwiastek
ludzki, który przecież powinien wskazywać na kolejną dychotomię powieści – na
to co żywe i martwe. Człowiek żyje życiem własnym, miasto jedynie tym
zapożyczonym. Jednak, choć bardzo bym chciała, nie dostrzegłam tych pulsujących
pod skórą żył, tętniących uczuć, pełni życia w wielkim mieście.
Nie mogę powiedzieć, by Wszyscy patrzą było najlepszym debiutem, jaki czytałam. Nie nazwałabym też tej powieści monumentalną. Jednak Bradbury pokazała, że jest autorką dojrzałą, która wie, jak naginać język i formę, by uzyskać upragniony cel.
Moja ocena: 5/10
Za podróż do Nowego Jorku dziękuję
Autorka: Megan Bradbury
Tytuł: Wszyscy patrzą
Data wydania: 11.04.2017
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 312