środa, 14 czerwca 2017

"Kolacja dla wrony" Jonathan Carroll - recenzja


Niezbyt pożywny posiłek


Kolacja dla wrony miała być dla mnie cudownym powrotem do magicznego świata wyobraźni Jonathana Carrolla, którego utwory zawsze przynosiły mi dziecięcą wręcz radość. Tym razem zamiast oczekiwanej uczty czekały mnie puste kalorie.




To nie krótkie opowiadania, nie teksty, które pozostaną Ci w pamięci przez wiele, wiele dni. To kartki z pamiętnika, drobne przemyślenia, nieskomplikowane historie, w których ujawnia się sam autor, jego wspomnienia i przeżycia, ale także uczucia, które towarzyszą człowiekowi w jego drodze przez życie. Trochę w nich smutku, trochę uśmiechu, trochę wszystkiego, o czym myślisz każdego dnia.

Czytając te miniatury zdałam sobie sprawę z tego, że czytam je źle. Kolacja dla wrony to lektura przypominająca zbiór aforyzmów, albo tomik poezji (oczywiście nie mówię tu o formie). Możemy czytać je jednym tchem, ale nie ma to większego sensu. Lepiej dochodzić do nich od czasu do czasu, podczas gorszego dnia lub gdy najdzie nas na to ochota – uśmiechnąć się przy książce i zaraz odłożyć ją na półkę, zapominając zupełnie o złym humorze i prawdopodobnie także o tym, co przeczytaliśmy. Bo teksty Carrolla są ulotne, jak najzwyklejsza w świecie myśl, która kołacze się gdzieś w naszej głowie, by za chwilę zastąpić ją pytaniem, co zrobić na obiad. Czy tego oczekiwałam po tym krótkim zbiorze? Nie. I niestety po raz kolejny stałam się ofiarą własnych oczekiwań, które zderzyły się boleśnie z rzeczywistością.

Całe szczęście Kolacja dla wrony okazała się kopalnią ciekawostek na temat samego autora. To ratuje tę krótką książeczkę. Nie da się jednak ukryć, że tylko w oczach fanów Carrolla, którzy mają ochotę odrobinę pogrzebać w życiorysie twórcy Krainy Chichów. Dlaczego pisarz podczas każdej wizyty w Polsce odwiedza damską toaletę? Jak udała się jego randka z piękną japonką, która nie mówiła po angielsku? To kopalnia ciepłych, przeuroczych historii, które dla wielbicieli twórczości Carrolla będą miłym dopełnieniem obrazu autora. Jednak dla osoby, która z Amerykaninem nie miała zbyt wiele wspólnego, Kolacja dla wrony okaże się tylko zbiorem anegdot, przetykanych „złotymi myślami” i mini-opowiadaniami. Czy to może kogokolwiek usatysfakcjonować?

Wspomniane mini-opowiadania są zresztą najsłabszym punktem tej i tak niezbyt zachwycającej pozycji. Widać w nich przebłyski wyobraźni autora, jednak teksty kończą się, zanim zdążą się rozwinąć i zmusić czytelnika do jakiejkolwiek interakcji. Nie sposób utożsamić się z bohaterami, pojąć ich zachowań, dostrzec choćby iskierki magii w świecie, który Carroll kreśli na stronie lub nawet pół. Pozostają jedynie odczucia, silne emocje, które mogłyby uratować te historie. Niestety infantylność niektórych myśli całkowicie przekreśliła możliwość odczuwania czegokolwiek na wyższym poziomie emocjonalnym. Nie było prawdziwych wzruszeń, radości, strachu, smutku – pozostałam z płytkimi odczuciami. Bo niestety teksty Carrolla dotknęły tylko powierzchni, środek zostawiając nietknięty.
Moja ocena: 4/10

Za kolację, po której nadal byłam głodna, dziękuję

 Autor: Jonathan Carroll
Tytuł: Kolacja dla wrony
Data wydania: 23.05.2017
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 208