Zabawa na sprzedaż
Choć ta powieść mistrza horroru już na pierwszy rzut oka różni się od jego wielkich objętościowo utworów, Joyland jest niezaprzeczalnie dzieckiem swojego ojca – jednak w odrobinę odmiennym tonie.
Światem rządzi przypadek – o tym właśnie przekonał
się Devin Jones, gdy razem z brudnymi naczyniami trafiła do niego gazeta z
zakreślonymi ogłoszeniami o pracę. Pracuj
blisko nieba głosiło jedno z nich i właśnie ono skusiło tego studenta
anglistyki o duszy marzyciela. Tym sposobem Devin znalazł pracę w Joylandzie,
parku rozrywki, w którym ludziom sprzedaje się zabawę. Jednak nawet takie
miejsca mają swoje mroczne strony.
Jeśli sięgacie po Joyland spodziewając się horroru mrożącego krew w żyłach, radzę wam
odłożyć tę książkę na półkę. Tym razem King nie chce nikogo straszyć, lecz
zabrać nas w sentymentalną podróż po latach swojej młodości. Nie uświadczymy tu
jednak takiej dokładności w opisywaniu Ameryki dwudziestego wieku, jak w
przypadku Dallas’63, gdzie autor
zagłębiał się w czasy z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Tym
razem to tylko kilka popkulturowych sygnałów, jednak wystarczą one w
zupełności, by poczuć specyficzny klimat tamtych lat. Joyland to powieść obyczajowa, choć z kryminalnym rysem. Silne
wspomnienie lata 1973, które dla głównego bohatera było najwspanialszym i
najstraszniejszym latem jednocześnie. King nie próbuje ani straszyć ani
zaskakiwać na siłę. Niesamowicie sprawnie buduje swoją całkiem zwyczajną
historię, w którą upycha wydarzenia małe i duże, a także te, które zostają w
człowieku do samego końca – w ten sposób tworzy piękny, wzruszający, czasem
straszny a czasem śmieszny wycinek życia ludzkiego.
Ci, którzy znają Kinga doskonale wiedzą,
że nie oddałby on swoim czytelnikom opowieści o mężczyźnie, w którego historię nikt
nie uwierzy. Devin sam jest narratorem, a przy okazji pisarzem, dlatego jego
przygody opisane są barwnie i ciekawie. Jednak przede wszystkim jest on
postacią przekonującą, którą czytelnik pragnie poznać. Choć tym razem mogłam
towarzyszyć mu jedynie przez trochę ponad trzysta stron, nie zmienia to faktu,
że polubiłam go już od pierwszego zdania. Tak było z całą resztą bohaterów,
przyjaciółmi Devina i pracownikami Joylandu. Każdy z nich był jedyny w swoim
rodzaju, każdy wywoływał jakieś emocje, nawet najmniejsze. To kolejny dar Kinga
– umiejętność tworzenia bohaterów, wobec których nie da się być obojętnym.
Nie muszę nikogo przekonywać do tego, że
King jest świetnym pisarzem – o tym wie każdy, kto zetknął się z jego
twórczością. No, może nie każdy, ale niewiele znam osób, które były w stanie
oprzeć się jego poczuciu humoru i swobodzie, z jaką opowiada on nawet
najbłahszą historię. Tym razem, a jakże by inaczej, otrzymujemy ten sam cudnie
dygresyjny i zabawny styl, którym od dawien dawna raczy nas Król. I właśnie to
przede wszystkim on wciąga nas w historię Devina i niesamowitego parku
rozrywki. Bo, choć zabrzmi to dziwnie, to nie fabuła jest tutaj najważniejszym
elementem. To właśnie sposób opowiadania sprawia, że czytamy i wsiąkamy w świat
Devina Jonesa. Z każdą stroną jesteśmy coraz bliżej zakończenia i z jednej
strony cieszy nas to, a z drugiej przygnębia – tak miałam z większością książek
tego autora i Joyland nie stanowi
wyjątku. Tę powieść po prostu świetnie się czyta.
Ale... przecież nie może być tak, że sam
lukier spłynie na autora. Gdy skończyłam Joyland
czułam niesprecyzowany zawód. Niesprecyzowany, bo przecież ta książka miała
prawie wszystko – dialogi, bohaterów, styl i ten niesamowity klimat. Jednak
prawie nie jest w stanie zadowolić, gdy oczekujemy czegoś zupełnie innego. Joyland nie miał jednej rzeczy, a
właściwie miał ich za mało. To, czego ostatnio mieliśmy aż w nadmiarze (czy w
przypadku Kinga można mówić o nadmiarze?!), tym razem okazało się
niewystarczające. Mowa, ni mniej ni więcej, o stronicach nowej książki Kinga.
Choć Joyland czytało się bajecznie,
po Ręce mistrza, Pod kopułą i Dallas’63 chciałabym
trzymać w dłoniach kolejną książkę wielkości żelbetonowego kloca. Otrzymałam
336 stron zapisanych sporą czcionką (w porównaniu z poprzedniczkami), które
pobudziły mój apetyt na Kinga, podrapały mnie trochę po żołądku i zostawiły
konającą z głodu. Może i lepiej, że jedynym moim zarzutem do autora jest
niewielka objętość. Może dłuższa historia zniszczyłaby to, co tym razem
wysmażył nam King. Może, a może nie.
Jednak Joyland
to pozycja obowiązkowa dla tych, którzy uważają się za fanów mistrza
horroru. Zresztą, po co ja to mówię? Ci prawdopodobnie już dawno przeczytali już
wszystkie jego powieści, a teraz czekają na następne. Bo głód na Kinga rośnie w
miarę jedzenia. Joyland na pewno go
podsyci.
Moja ocena: 7/10
Autor: Stephen King
Tytuł: Joyland
Data wydania: 6.06.2013
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 336