czwartek, 10 marca 2016

"Od urodzenia" Elisa Albert - recenzja przedpremierowa!




Musimy porozmawiać o macierzyństwie


Czy powieść o feministce wegetariance, która rok temu urodziła dziecko i nadal nie może pozbierać się z poporodowej depresji, może być dobra? Czy historia dziewczyny opuszczonej przez matkę, poszukującej przyjaźni i wzorca, które mogą uratować ją przed autodestrukcją, może rozczulić, rozbawić, skłonić do refleksji? O tak, z całą pewnością.




Synek Ari przyszedł na świat już rok temu, a jej nadal trudno jest myśleć o nim inaczej niż ‘dziecko’. Przecież to dziecko ma imię. Walker, jej mały przystojniak, największa miłość i największe utrapienie. Istota, za którą jest odpowiedzialna, którą karmi samą sobą – krew z jej krwi. Jednak utrapienie nieprzespanych nocy, bólu i zapomnienia o własnych potrzebach nie pozwala jej wyrwać się z depresji, którą podsyca jeszcze myśl o niechcianej cesarce: rozerwaniu na pół jej własnego ciała, by wyciągnąć z niego małe, ledwo ukształtowane życie. Być może znajomość z ciężarną artystką, która wprowadziła się do domu przyjaciół Ari, pozwoli jej zaczerpnąć tchu i wrócić do normalności...



To świetny chłopak, mały równiacha. Ale jednak dziecko, a od dzieci lepsi są nawet opresyjni faszystowscy, łajdaccy, narcystyczni dyktatorzy.



Po powieści Elisy Albert spodziewałam się spojrzenia na skomplikowaną sztukę kochania własnego dziecka, na trudy macierzyństwa, na depresję i próbę radzenia sobie z własną, skomplikowaną psychiką. Podświadomie przyrównałam ją do Musimy porozmawiać o Kevinie jeszcze zanim zaczęłam ją czytać. To była wielka pomyłka, bo Od urodzenia w niczym nie przypomina subtelnej, symbolicznej i przerażającej książki Lionel Shriver. Jest głośna, prowokacyjna, czasem wulgarna a czasem poetycka, zabawna i jednocześnie śmiertelnie poważna, ale przede wszystkim mądra, nawet jeśli nie zgodzicie się nawet z połową przekonań Ari. Znajdziecie w niej dużo więcej, niż tylko depresję i macierzyństwo, choć to główne zagadnienia tej powieści. Albert z powodzeniem łączy wątki, mówiąc o przeszłości bohaterki, jej problemach z akceptacją siebie i odnalezieniem wzorca, który mógłby zastąpić jej matkę, umierającą i wredną od kiedy Ari tylko sięga pamięcią. O przyjaźni, która często nie ma nic wspólnego z prawdziwym uczuciem, a jedynie z próbą poskładania własnego życia, rozpadającego się w samotności. Ale przede wszystkim o kobiecie – jej ciele i naturze, jej prawach, obowiązkach, skłonnościach i psychice. O medycynie, która za wszelką cenę pragnie zrobić z niej żywy inkubator, wypleniając nie tylko naturalny poród, ale także naturalne karmienie. O ludziach, którzy z niesmakiem spoglądają na nią, gdy wyciąga pierś, choć z przyjemnością patrzą na inne obrzydlistwa każdego dnia.



Co za nawiedzona wariatka, zapewnia swojemu dziecku normalne, zdrowe, ssacze dzieciństwo. Tryskająca zdrowiem kobieta ośmiela się używać swojego ciała zgodnie z jego biologicznym przeznaczeniem i naturalną funkcją? Ohyda! Podczas gdy powinna kupować od międzynarodowej korporacji dużo gorszy produkt przeznaczony do tego samego celu. To po prostu nieamerykańskie. I jeszcze robi to na oczach takiego intelektualisty jak ty?! Zwiążcie ją i, KURWA, PODPALCIE.




Walka z systemem, z mężczyznami a także z innymi kobietami, to feminizm o którym pisze Albert. Ari jest nie tylko przeciwniczką modyfikowanej żywności, cesarskich cięć i medycyny, która powoli wypiera to, co wpisane jest w ludzka naturę. Wyśmiewa kobiety, które, pod przykrywką prawa do decydowania o własnym ciele,  godzą się na rozwiązania podane odgórnie przez lekarzy i koncerny. Krytykuje pruderyjną klasę średnią, która traktuje kobiecą pierś i ssące niemowlę jak temat tabu, choć Internet jest dla nich wiecznie eksplorowaną ziemią prawdziwego obrzydlistwa. Autorka się nie patyczkuje, klnie i krzyczy tak głośno, aż będzie miała pewność, że została usłyszana. Kpi, a ta kpina czasem tnie jak brzytwa, czasem zaś rozbawia jak dobry żart. Wyważa drzwi, wybija okna i mówi głośno o depresji, miłości i jej braku. A robi to z zadziwiającą błyskotliwością, wypunktowując ludzkie słabostki i wgryza się w kobiecą psychikę. Powieść pełna jest soczystych kurw, myślenia o ćpaniu i pieprzeniu, o fantazjach i dzikiej przeszłości, więc delikatniejsze jednostki powinny dwa razy zastanowić się, zanim przeczytają Od urodzenia. To wyrazisty, ekspresywny, pełen wykrzyknień język, który jednych może przestraszyć, dla inny zaś być prawdziwą gratką.



Od urodzenia jest powieścią prowokacyjną, ale czy potrzeba nam spokojnych, łagodnych książek o depresji i trudach macierzyństwa? Elisa Albert krzyczy, ale dzięki temu dużo łatwiej ją usłyszeć, a może nawet zrozumieć. Robi to w sposób pełen gracji, humoru i ironii, w duchu zrozumienia dla kobiecej natury. Z całą pewnością warto poznać ten punkt widzenia.

Moja ocena:

Za możliwość przeczytania książki dziękuję

Autorka: Elisa Albert 
Tytuł: Od urodzenia 
Data wydania: 15.03.2016 
Wydawnictwo: Kobiece
Liczba stron: 272