środa, 12 kwietnia 2017

"Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta" David Mitchell - recenzja




 Wyizolowani


Czasem po prostu nie wiemy, czego spodziewać się po danej książce. Widzimy tylko okładkę, poznajemy tylko krótki opis historii, który być może niewiele powie nam o tym, co rzeczywiście znajduje się w środku. Rzadziej jednak zdarza się, że podczas lektury mamy wrażenie, jakbyśmy dopiero zaczęli, jakbyśmy nie do końca wiedzieli, co za chwilę się wydarzy. Tak czułam się czytając Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta.




Dejima, maleńka wysepka położona w zatoce Nagasaki, zdaje się ostatnim miejscem na ziemi, w którym człowiek pragnie być. Jacob jest jednym z tych, którzy muszą, choć nie chcą. Woli zostać w Holandii z ukochaną, lecz zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli nie zdobędzie pieniędzy, pracując dla Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, będzie musiał zapomnieć o szczęśliwym życiu u boku Anny. Czy młody urzędnik ma szansę wzbogacić się w kraju, w którym na każdym kroku czekają szpiedzy, sprytni handlarze i przepiękne choć niesamowicie drogie konkubiny? Jacob jest nie w ciemię bity, jednak ma jedną wadę, która porządnie uprzykrzy mu życie – jest uczciwy.



Japonia z przełomu XVIII i XIX wieku, dobrowolnie wyizolowana i nieprzyjazna, trzymająca swoich handlowych „partnerów” w żelaznym uścisku konwenansów, pełna oszustów, krętaczy, szpiegów i niewolna od ludzi zepsutych do szpiku kości. Jednak trudno się w niej nie zakochać, choć Dejima, jedyne dostępne cudzoziemcom miejsce, nie zachwyca urodą. Tam nie można po prostu żyć – tej sztuki trzeba się nauczyć. Jacob szybko zaczyna rozumieć hierarchię, która w tym kraju ma niebagatelne znaczenie. Nie znaczy to jednak, że nie popełnia błędów. Można wręcz powiedzieć, że niejednokrotnie zachowuje się jak kompletny idiota, który doskonale radzi sobie z uzupełnianiem papierków, lecz gdy przychodzi do kontaktów międzyludzkich staje się małym, nieporadnym dzieckiem błądzącym we mgle. Dzieckiem, które wsiąkło całkowicie w miejsce, któremu obiecał oddać najlepsze lata swojego życia. Co mogło spowodować tak wielkie oddanie człowieka obcego? Miłość, oczywiście.



Choć mogłoby się wydawać, że Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta to historyczny romans, nie macie czego się bać – wątek miłosny nie przytłoczył nawet tak wielkiej przeciwniczki tego typu opowieści. Co więcej, bardzo podobało mi się sprytne wplecenie go w fabułę, a także jego doskonałe i realistyczne rozwiązanie. Daleko było mi do płaczu i wycierania noska w chusteczkę, ale i nie taki był zamysł Mitchella. Ot, autorowi udało się stworzyć fantastyczną historię, która toczy się wokół miłości niemożliwej do spełnienia.



Ale nie tylko wokół niej, bo Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta to coś znacznie więcej. To intrygi (ach, jak ja uwielbiam intrygi!), interesy, bardzo często szemrane, nieuczciwość i wszelki brak skrupułów, osobiste porachunki, przemoc i przede wszystkim władza. Tak, to właśnie ona odgrywa najważniejszą rolę w powieści Mitchella. Bo choć miłość początkowo gra pierwsze skrzypce, tak szybko zostaje zepchnięta na dalszy plan przez tych, którzy zachłystują się swoją wielką mocą, jednocześnie pragnąć jej coraz więcej. Zarówno po stronie Holendrów jak i Japończyków znaleźć można ludzi, których działania nakierowane są na zdobycie wpływów tak silnych, by zapewnić sobie poklask i bogactwo, miażdżąc przy tym swoich przeciwników. Autor odmalował ich w sposób tak plastyczny, że momentami z pewnością poczujecie ból szczęki, zaciskającej się bezwiednie w niemej złości. Zresztą nie tylko portrety antagonistów zasługują na pochwałę. Dzięki ogromnym umiejętnościom Mitchella nietrudno jest przyzwyczaić się do bohaterów, polubić ich i kibicować w kryzysowych chwilach. Jacob jest jednym z nich, choć jego dobroć i uczciwość momentami może doprowadzać do szewskiej pasji. Nie można także zapomnieć o doktorze Marinusie czy Orito, japońskiej ukochanej Jacoba. Jednak uwierzcie mi – Tysiąc jesieni Jacob de Zoeta to powieść obszerna, w której z pewnością znajdziecie wiele ukochanych postaci, za którymi będziecie tęsknić po zakończeniu lektury.



Powieść Mitchella nie jest jednak utworem, który czyta się z zapartym tchem. To niespieszna opowieść, w którą trzeba wgryzać się powoli, by smakować każdy niuans, każdą drobnostkę związaną z Krajem Kwitnącej Wiśni i tym burzliwym czasem, w którym Holandia była dla niego oknem na świat. Nie znudzicie się jednak, to wręcz fizycznie niemożliwe przy tak świetnej lekturze. Przygotujcie się więc na kawał dobrej literatury, której nie oprze się nawet najbardziej oporny czytelnik.



Chociaż raczej nie robię takich rzeczy, tym razem nie mam zamiaru się powstrzymywać. Sama kupiłam Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta na tej promocji i Wam radzę zrobić to samo. Książkę możecie kupić za – uwaga, uwaga – 10 zł! Ja nie umiałam sobie odmówić. Jak będzie z Wami?

Moja ocena: 8/10


Autor: David Mitchell
Tytuł: Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta
Data wydania: 6.11.2013
Wydawnictwo: MAG 
Liczba stron: 617