środa, 6 stycznia 2016

"Middlesex" Jeffrey Eugenides - recenzja



 

Boska jednia

 

Stan, w którym znalazłam się po przeczytaniu nagrodzonej Pulitzerem powieści Jeffreya Eugenidesa – Middlesex – jest czymś niezwykle trudnym do opisania. Były zachwyty, to oczywiste. Były też przemyślenia, był żal, że ta piękna przygoda już się skończyła. Była chęć sięgnięcia po powieść po raz kolejny. A teraz jest pustka, pustka towarzysząca mi tylko po przeczytaniu książek najlepszych z najlepszych. Co, po tych ponad sześciuset stronach czystego ideału, ma napisać taki robaczek jak ja?




Chociaż Middlesex jest przede wszystkim opowieścią o życiu Cala (wcześniej Calliope) – około czterdziestoletniego hermafrodyty – rozpoczęła się ona na długo przed narodzinami naszego narratora i głównego bohatera. Jego historia jest bowiem także historią genu, mutacji na piątym chromosomie, którą musimy poznać, by zrozumieć ogrom istnienia składającego się z wiedzy i doświadczeń, ale także błędów wielu pokoleń. Dlatego wraz z nim przyglądamy się losom Desdemony i Eleutheriosa, zwanego Leftym, którzy jeszcze w Grecji byli rodzeństwem, jednak po opuszczeniu kraju stali się mężem i żoną, rodzicami Miltona, dziadkami Cala.



Ta recenzja będzie jednym wielkim hymnem ku czci inteligencji, błyskotliwości i talentu pisarskiego pana Eugenidesa. Nie poradzę nic na to, że kocham opowieści zdające się trwać w nieskończoność, będące dokładnym studium nie tylko rodziny, społeczeństwa ale także jednostki – w tym wypadku niepodważalnie niesamowitej, wymykającej się wszelkim kategoriom. Opowieści niepozbawione humoru, przy których można jednocześnie płakać. Opowieści, które skłaniają do myślenia. Dlatego jeśli popadnę w zbytnią przesadę, zacznę rozpływać się nad tą powieścią niczym nastolatka opowiadająca o swojej pierwszej miłości, proszę, wybaczcie mi.



Middlesex jest książką wielowątkową, dotykającą nie tylko problemów płci, choć to właśnie one wysuwają się na pierwszy plan ze względu na postać głównego bohatera, ale także spraw związanych z segregacją rasową, rewolucją seksualną, kapitalizmem, wojną i religią. Wszystko to okraszone atmosferą przemysłowego Detroit, w którym fabryki najpierw dawały pracę wielu mężczyznom, później zaś straszyły pustkami, by następnie stać się jedynie ciekawostką, przedmiotem na industrialnym zdjęciu. Eugenides łączy te wątki z wrodzoną finezją, jak nikt inny potrafi przemycić poruszające treści do świata zwykłej greckokatolickiej rodziny. Wiemy jednak doskonale, że przeciętność ich losów jest pozorna, że dokonane przez nich wybory, ich błędy i potknięcia, tradycja, którą rodzina Stephanides przyniosła na plecach aż z Grecji, cała przeszłość, o której chcieliby zapomnieć, wróci w przyszłości, zatoczy pełne, doskonałe koło. Jego upostaciowieniem jest właśnie Cal, hermafrodyta – istota idealna, składająca się z dwóch połówek.



- Zawsze byli hermafrodyci, Cal. Zawsze. Platon napisał, że pierwsza istota ludzka była hermafrodytą. Wiedziałeś o tym? Pierwsza osoba składała się z dwóch połówek, jednej męskiej, a drugiej żeńskiej. Następnie te dwie części rozdzieliły się. Dlatego wszyscy ciągle poszukują tej drugiej połówki. Wszyscy oprócz nas. My już posiadamy obie połówki.




Cal nie szuka swojej drugiej połówki. Jednak nie dlatego, że odczuwa pełnię swojego istnienia. Jest samotny, choć nie do końca się do tego przyznaje. Chodzi na randki, poznaje kolejne kobiety, jednak w chwili, w której wymaga to od niego większego zaangażowania się – zaangażowania fizycznego – odchodzi jak sen. Eugenides w niewielkich podrozdziałach pokazuje życie swojego bohatera po przemianie, życie ciekawe choć pozbawione kontynuacji. Cal nie przekaże dalej swojego genu, nie ma takiej możliwości. Dobrowolnie jednak rezygnuje także z tego, co skłoniło jego dziadków do niewybaczalnego grzechu, co połączyło jego rodziców. Choć zdaje się posiadać wiedzę wykraczającą poza doświadczenia zmysłowe, pamięta to czego pamiętać nie może i rozumie myśli swojej rodziny, jest w pewnym stopniu wydrążony, pozbawiony czegoś, co dookreślałoby go bardziej niż płeć. Domu, ciepła, miłości.



hermafrodyta – 1. osobnik posiadający organy płciowe i wiele drugorzędowych cech płciowych zarówno męskich, jak i żeńskich. 2. o czymś składającym się z kombinacji rożnych lub przeciwstawnych elementów. Zob. też POTWÓR.



Chociaż Cal nie jest potworem, nie w mniemaniu ludzi wykształconych i posiadających choć śladową wrażliwość, to właśnie przed takim rozwojem spraw drży Desdemona, która, nastraszona przez nieświadomego zaprzyjaźnionego lekarza, wyobraża sobie swoje dzieci, spłodzone z własnym bratem, jako małe, futrzaste istotki, posiadające dodatkowe palce lub ogon. Lęk przed spłodzeniem potwora towarzyszy także Tessie, matce Cala, która za podszeptem męża, postanowiła poigrać z naturą, by urodzić dziewczynkę, nie kolejnego chłopca. Strach jest istotnym elementem życia kobiet opisanych przez Eugenidesa. Jest to strach przed nieznanym, przed boską zemstą za popełnienie grzechu, strach przed cielesnością i wszystkim, co z nią związane. Dlatego też Cal przez bardzo długi czas żyje w niewiedzy, jakby odseparowany od własnego ciała, choć tak bardzo od niego zależny.



Middlesex jest dziełem genialnym. Tak, nie boję się użyć tego słowa. To powieść, w której mogłam się rozsmakowywać, jednocześnie pragnąc przeczytać ją jak najszybciej i psiocząc na to, że już się kończy. Piękna, mądra i napisana w sposób wręcz idealny – językiem barwnym, choć nie przesadzonym, czasem poetyckim, czasem brudnym, zawsze jednak doskonale dopasowującym się do sytuacji. Z pewnością przeczytam ją jeszcze nie raz, wyciągając kolejne wnioski, delektując się każdym słowem. I wiem na pewno, że mój zachwyt nie zmaleje nigdy.
Moja ocena (w pełni zasłużona): 10/10


Autor: Jeffrey Eugenides
Tytuł: Middlesex 
Data wydania: 23.09.2015 (wznowienie)
Liczba stron: 608 
Wydawnictwo: Sonia Draga

59 komentarzy:

  1. Widać, że książka Tobą wstrząsnęła do głębi (w pozytywnym sensie, oczywiście). Spodziewałam się, że nie będzie inaczej! ;-) A ja jestem szczęśliwa, bo nie dalej jak wczoraj, udało mi się dorwać "Middlesex" w bibliotece - nowe wydanie :-) Musi jeszcze chwilę poczekać (wraz ze mną), bo na pierwszy ogień idzie od dawna odkładany Houellebecq i jego "Uległość".
    Przyznam też, że trochę się tej powieści obawiam. Czy nie będzie "awangardy" - tak w treści, jak w formie. Ostatnio czuję, że najbardziej mi po drodze z powieściami w starym stylu - napisanymi prostym językiem, bez udziwnień i formalnych eksperymentów. W sumie nie wiem, dlaczego mam takie wyobrażenie o "Middlesex" :-) Może przez Pulitzera?
    A na marginesie, nie wiesz, czy Eugenides nie pisze/nie napisał przypadkiem czegoś nowego? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że bałam się zawodu, właśnie z tego względu, że tak wiele sobie po tej powieści obiecywałam. A jednak wyszło inaczej, doskonale, tak jak miało być :) Hm pozostaje mi tylko pozazdrościć biblioteki - w mojej nie widziałam ani jednej książki Eugenidesa. Ale rozumiem, ukochany Houellebecq ma pierwszeństwo ;)

      Myślę, że Twoje obawy są bezpodstawne, choć treść jest rzeczywiście dość dziwaczna, z racji poruszanego przez autora problemu. Co do formy - ja nie odczułam żadnych odchyleń, dla mnie była wręcz łagodna. Jedynymi odstępstwami są zabawy z czasem i miejscem akcji, i wszechwiedzący narrator/bohater, który zdaje sobie sprawę, że jego wiedza jest nieprawdopodobna. Ale nie nazwałabym tego udziwnieniem czy eksperymentem. Jeśli w tej chwili dobrze Ci z klasyczną prozą, to "Middlesex" nie powinien bardzo kłócić się z Twoimi potrzebami :)

      Już od jakiegoś czasu przetrząsam Internet w poszukiwaniu powieści Eugenidesa, o której nie słyszałam, albo o jego planach. Niestety od "Intrygi małżeńskiej" autor milczy, ku mojej rozpaczy.

      Usuń
    2. Cieszę się, że rozwiałaś moje obawy. Teraz mogę leżeć i czytać bez niepotrzebnych stresów ;-) Tak, okoliczne biblioteki naprawdę pozytywnie zaskakują - jest w nich coraz większy wybór naprawdę dobrych książek, które ukazują się krótko po rynkowej premierze. Oczywiście, trzeba czasem o nie zawalczyć, jak o wszystko, co dobre, albo ustawić się w długaśnej kolejce, ale narzekać nie można. No, chyba że na brak czasu na czytanie...
      Tej oryginalnej tematyki też się ciut obawiałam. Hermafrodytyzm? To przecież kojarzy się z podręcznikiem do biologii z podstawówki ;-) Ale coraz bardziej przemawia do mnie idea zmutowanego genu, który ma moc wpływania na losy całych pokoleń. Z wiekiem coraz bliżej mi do fatalizmu ;-)
      Spójrzmy na sprawę inaczej. Może milczy, bo przygotowuje - w tajemnicy - coś naprawdę niezwykłego? Pozdrawiam i idę czytać dalej!

      Usuń
    3. Jestem gotowa nawet na walkę ze starszymi kobietkami, które czekają w kolejce na egzemplarze. Niestety nasze biblioteki są raczej średnio zaopatrzone, z książkami odłożonymi na nieodpowiednie półki. Jedynie nasza książnica ma się czym pochwalić.

      Może i zagadnienie podręcznikowe, ale ile problemów nastręcza, do jakich pytań prowokuje ;) Czytałam tylko jedną powieść o hermafrodycie - "Sobowtóra" Klausa Rifbjerga - i nawet do pięt nie dorasta Eugenidesowi ;) A z tym fatalizmem to akurat trafiłaś. Przeznaczenie jest jednym z głównych zagadnień, które interesuje narratora powieści :)

      Oby coś przygotowywał. Przeczytałam już wszystkie jego powieści i niebawem będę chciała więcej. A jeśli więcej nie będzie?! Wolę o tym nie myśleć.
      Pozdrawiam również, Marto, i życzę miłej lektury! :)

      Usuń
  2. Usłyszałam o tej książce bardzo niedawno ale od tego momentu trafiam na nią co chwilę. Nie rozumiałam do końca zachwytów, jakie płynęły w jej kierunku. Po przeczytaniu Twojej recenzji rozumiem trochę więcej, choć chyba dopiero po lekturze będę w stanie całkowicie pojąć sens tego geniuszu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety problem z recenzjami polega na tym, że możemy zachęcać, argumentować i rozpływać się w zachwytach, a i tak dopiero lektura może dać komuś pełne zrozumienie fenomenu. Z powieścią taką jak "Middlesex" jest jeszcze gorzej, bo to wielowątkowa saga, z której każdy wyciąga coś innego. Mam nadzieję, że kiedyś trafisz na tę książkę i przekonasz się na własnej skórze, czy zachwyty uzasadnione :)

      Usuń
  3. I co ja mam z Tobą zrobić? Może w ogóle nie zaglądać, nie śledzić, nie czytać Twoich emocjonalnych i błyskotliwych przemyśleń na temat kolejnych lektur? No tego zrobić nie mogę! Dlaczego? Bo zawsze zaciekawisz mnie książką, o której wcześniej nie słyszałam, nie spotykam jej recenzji na kolejnych blogach, nieustannie wynajdziesz, coś nieszablonowego o nietuzinkowej treści. Ogromnie mnie zainteresowałaś tym tytułem, czekałam na Twoją recenzję tej właśnie książki od chwili, kiedy dostrzegłam ją w Twoim stosiku :) I co teraz mam zrobić, lecieć do księgarni i nabyć kolejny tytuł? Obawiam się, że nie mam wyjścia, bo i ja chcę, aby targały mną podobne emocje, poczuć tę niemoc... Cóż... dziękuję Ci Olgo za kolejną rzetelną i wyczerpującą recenzję :) Pozdrawiam ciepło i życzę Ci samych tak wspaniałych książek!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ekhm aż czuję, że się zaczerwieniłam :) Dziękuję, po raz kolejny, za takie miłe słowa. Agnieszko! Przy Twoim uzależnieniu jedna książka w tę czy w tamtą stronę już nie robi różnicy. Leć do księgarni (albo na stronę księgarni) i zamów "Middlesex"! Albo na początek może "Przekleństwa niewinności" jeśli nie znasz - to dobra wprawka do tego genialnego autora ;)
      To moja pierwsza lektura tego roku i muszę powiedzieć, że ustawiłam sobie wysoko poprzeczkę. Nie sądzę, by udało mi się szybko znaleźć książkę, która tak mną wstrząśnie, da mi tyle do myślenia. Mam nadzieję, że kiedyś znajdziesz na nią czas i rozsmakujesz się w niej tak, jak ja :) Warto, bo to cudowna, mądra i ciepła powieść.
      Pozdrawiam również i życzę zaczytanego wieczoru :)

      Usuń
    2. No bardzo ładnie Kochana, podsuwasz mi kolejny tytuł a ja łykam, bo wiesz... ;)) Będę miała na uwadze oba tytuły jak tylko wpłynie przelew na moje konto, zapoluję na nie w Internetowej Księgarni, one znacznie mniej obciążają mój budżet, a raczej pozwalają na zakup większej ilości książek :) Dziękuję :)

      Usuń
    3. Wybacz, postaram się więcej tego nie robić, by nie podjudzać Twoich czytelniczych zapędów ;) Czekam w takim razie na kolejny książkowy stosik - może jakiś Eugenides się tam zaplącze :)

      Usuń
    4. Ależ wybaczam Kochana, uwielbiam książki - w każdej ilości ;)) A Eugenides znajdzie się z pewnością :)

      Usuń
    5. Agnieszka ma rację, piszesz tak, że nie sposób nie popaść w zachwyt. Ja też chcę tę książkę! Najlepiej już :)

      Usuń
    6. Dziękuję Ci pięknie za tak miłe słowa :) Dla mnie ta powieść, jak i sam Eugenides, to objawienie. Chciałabym, by jak najwięcej osób się nim zachwycało, więc polecam, polecam ;)

      Usuń
  4. Oj, ten Jeffrey. Czytałam dwie książki jego autorstwa i chciałabym kolejną. Bardzo żałuję, że jeden egzemplarz zgubiłam w pociągu. :( Muszę odwrócić tę złą passę, o.

    MAJUSKUŁA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To masz już 2/3 jego twórczości za sobą - koniecznie przeczytaj tę brakującą 1/3! :D
      Zgubiłaś... w pociągu... Eugenidesa? O matko, udam, że tego nie widziałam. Takiej tragedii nie życzę nikomu. Obyś szybko odwróciła tę passę ;)

      Usuń
  5. Dopadł Cię książkowy kac w takim razie :) Miałam mieszane uczucia co do "Middlesex". Co prawda czytałam dobre opinie, ale myślałam, że to książka nie dla mnie. Twoja recenzja zachwyca, przynajmniej mnie. Zachwyca tak bardzo jak Ciebie zachwyciła ta książka. Chyba nie muszę dodawać, że wpisuję na listę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, kac byłby nieprzyjemny a ja mam ochotę imprezować cały czas ;)To naprawdę spora odpowiedzialność - jeśli książka Ci się nie spodoba, to będzie moja wina. Całe szczęście "Middlesex" jest genialną powieścią, więc sama się obroni :) Dziękuję za bardzo miłe słowa i mam nadzieję, że za jakiś czas książka zejdzie z listy i znajdzie się na Twojej półce. Oby zachwyciła Cię tak, jak mnie :)

      Usuń
  6. Trochę żałuję, że tak zwlekam z lekturą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, że egzemplarz czeka na półce - możesz po nią sięgnąć w każdej chwili :)

      Usuń
  7. Świetna recenzja, od razu mam ochotę wyciągnąć swój zakurzony egzemplarz i wreszcie zacząć go czytać. Kupiłam tę książkę kilka lat temu, ale wciąż odkładałam ją na później, obawiając się, że mi się nie spodoba, a wtedy przyjdzie rozczarowanie, bo przecież tyle osób chwali. Czasami mam taki irracjonalny lęk przed tymi uznanymi dziełami, przez co niepotrzebnie zwlekam z lekturą. Tak miałam z "Zabić drozda" i z "Rokiem 1984", ale jak w końcu przeczytałam, byłam bardzo zadowolona :D Mam nadzieję, że z tą książką będzie tak samo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znowu pojawia się ten problem popularności danej książki. Kiedy zbyt dużo osób o czymś mówi, od razu stajemy się podejrzliwi, jakby coś takiego nie mogło być dobre. Rozumiem to doskonale, bo po wiele powieści nie sięgam właśnie przez wzgląd na swojego rodzaju modę. Jeśli chodzi o "Middlesex" - raczej nie spotkałam się z recenzjami tej książki, więc nie odczułam tego, że wiele osób ją chwali. Może i dobrze dla mnie :) Oba wymienione przez Ciebie tytuły są genialne ("Rok 1984" to moja ukochana powieść) i mam nadzieję, że "Middlesex" kiedyś dołączy do tego grona :)

      Usuń
    2. Masz rację w kwestii popularności, ale dochodzi jeszcze właśnie ta otoczka literatury z wyższej półki, co czasem też zniechęca. Mam nadzieję, że ta książka wywrze na mnie wielkie wrażenie :)

      PS Myślałaś może o wprowadzeniu na bloga komentarzy z disgus? Pytam, bo nie zawsze pamiętam, żeby wrócić na stronę i sprawdzić, co odpisałaś, a disgus informuje mnie o tym mailem, więc nie przegapię :)

      Usuń
    3. To też racja - zwłaszcza jeśli mówimy o klasyce np. sprzed x lat. Ja zawsze bałam się literatury romantycznej, bo szczerze nienawidzę Mickiewicza, ale kiedy zmuszono mnie do przeczytania dramatów Słowackiego byłam zachwycona. To chyba normalne, że tak podchodzi się do tej literatury, która przez większość uznawana jest za coś ponad. Nie mamy w zwyczaju krytykować znanych i lubianych, więc gdyby nam się taka książka nie spodobała, byłby niezły klops. Ja jednak czasem lubię przełamać taką barierę, a później śmiało wypowiadać się o tym, że coś z wielkiej, światowej literatury mi się nie podobało (moja babcia nadal zaciekle broni Mickiewicza, ale ja się nie dam;))

      Hmm przyznam szczerze, że o tym nie myślałam. Domyślam się, że to byłoby pewne ułatwienie i może jestem głupia, że tego nie robię, ale... disgus mi się po prostu nie podoba. Dużo bardziej wolę te tradycyjne okienka do komentowania. Ale obiecuję poważnie przemyśleć tę kwestię :)

      Usuń
    4. Coś w tym jest, że boimy się krytykować klasyków i ich dzieła, więc żeby nie wystawiać się na konieczność krytyki, nie czytamy. Przynajmniej ja tak często mam, chociaż staram się z tym walczyć. Co do Mickiewicza czy Słowackiego to niestety kojarzą mi się wyłącznie ze szkołą i nie mam ochoty wracać do ich twórczości, ani poznawać tej "nieomawianej".

      Masz prawo nie lubic dusgusa i go nie stosować :) Tak tylko wspomniałam ku swojej wygodzie, bo widzę, że u Ciebie można prowadzić dyskusje i do tego ten system komentarzy nadaje się idealnie :)

      Usuń
    5. To chyba wiąże się przede wszystkim z poczuciem typu "sama przeciwko całemu światu" - jeśli może zawieść Cię książka, którą wszyscy wychwalają pod niebiosa, rozdają nagrody etc. to albo coś jest z nimi, albo z Tobą nie tak. Lubię sobie czasem poczytać klasykę, sprawdzić czy to jest rzeczywiście tak dobre, jak mówią, ale wolę jednak mniej znanych, nieodkrytych (albo nieznanych w moich kręgach) autorów. Mam wtedy większą satysfakcję, że poznałam wartościową literaturę, która nie jest zbyt znana. A kwestia lektur to jeszcze inna sprawa. Sama mówisz, że nie masz ochoty poznawać twórczości tuzów romantycznej literatury, bo to się źle kojarzy. Dopóki nie będzie w nas ciekawości i samozaparcia, nie ma bata, że sięgniemy po autora, którego kazano nam czytać w szkole. Przecież po to się właśnie czyta, żeby wynajdywać innych autorów, a nie tych chwalonych przez polonistkę ;)

      Nie podoba mi się zupełnie, ale domyślam się, że jest bardzo wygodny, więc wypiszę sobie wszystkie za i przeciw ;) Innowacje przecież nie zawsze muszą być złe ;)

      Usuń
    6. Masz rację. Trudno jest otwarcie krytykować autorów, którzy cieszą się powszechnym uznaniem i uważani są za niemal genialnych twórców. No, bo skoro nie podoba mi się "arcydzieło", to znaczy, że coś ze mną nie tak, jakaś mniej inteligentna jestem czy co. Niestety łatwo wpaść w pułapkę takiego myślenia. Dlatego trzeba z tym walczyć, ale też sięgać po pisarzy niecieszących się takim nimbem wyjątkowości, wtedy można odkryć perełki :)
      W szkole sumiennie czytałam wszystkie lektury, a było ich sporo, bo chodziłam do klasy z rozszerzonym polskim i niestety te nazwiska z listy lektur są skreślone na razie. Po prostu nie mam ochoty sięgać po inne utwory tych pisarzy i koniec. Będę musiała się przemóc i przeczytać coś Sienkiewicza, bo jest to podpunkt z wyzwania, w którym biorę udział, ale to będzie wyjątkowa sytuacja.

      Przemyśl sprawę, może się przekonasz :)

      Usuń
    7. Dokładnie - zwłaszcza w tym wymiarze inteligencji, bądź jej braku, jesteśmy najbardziej przeczuleni. Zresztą nie bezpodstawnie. Ile razy słyszałam bądź czytałam jawną, bezczelną krytykę skierowaną w stronę czytelnika, któremu coś znanego i wywyższanego się nie podoba. A to, że głupi, niedouczony, czytający pewnie tylko "Zmierzch" etc. Niektórzy mają to w nosie (np. ja) inni strasznie się czymś takim przejmą. Dlatego mam ogromny problem z tak zwanymi wieszczami, wszystkimi geniuszami literatury, uznawanymi za wzór do naśladowania, których po prostu trzeba kochać. Jakoś zawsze wolałam tych mniej docenianych, albo kontrowersyjnych, wyrzuconych poza nawias :).
      Strasznie, ale to strasznie współczuję Ci tego Sienkiewicza. Gombrowicz mówił o nim, że to pierwszorzędny pisarz drugorzędny, ale ja bym jeszcze te rzędy obniżyła ;) Polecam Ci "Szkice węglem" jeśli już coś musisz do tego wyzwania przeczytać, bo to chyba najmniej inwazyjny tekst tego pana. Nie męczy a nawet może wywołać pewne emocje. I pod żadnym pozorem nie czytaj "Bez dogmatu" - chyba, że przez ponad 300 stron ziać nienawiścią do głównego bohatera ;)

      Usuń
    8. Pardon, że tak niemerytorycznie, ale sama byłam wielokrotnie zachęcana do disqus'a. Nie wiem, jakie zalety ma to narzędzie, ale jeśli chodzi jedynie o powiadomienia o nowych komentarzach, to blogger również ma taką opcję. Wystarczy pod okienkiem, w którym wpisuje się komentarz, zaznaczyć kratkę "Powiadamiaj mnie" i kolejne komentarze dostajemy na maila :-)

      Usuń
    9. Siostro! Mam tak samo, to jest właśnie ten problem z cyklu jak nie zachwyca jak zachwyca :P Też staram się nie przejmować i piszę tak jak czuję, ale gdzieś wciąż ten opór przed klasyką jest. Mam jednak nadzieję, że stopniowo się go pozbędę :)

      Leże i czytam, disqus ma taką zaletę, że powiadamia mnie o tym, kiedy ktoś odpowie na mój komentarz. Natomiast blogger powiadamia o wszystkich komentarzach pojawiających się na danej stronie, co nie jest dobre, bo po co mi informacja, że ktoś napisał pod cudzą recenzją "super, przeczytam" :P Poza tym nie muszę szukać w blogrollu danego bloga, żeby sprawdzić czy ktoś nie zaczął ze mną rozmawiać, bo disgus przy powiadomieniu ma opcję odpowiedz, która od razu odsyła do właściwiej strony. Dla mnie szalenie wygodne narzędzie :)

      Usuń
    10. Skoro tak, to rzeczywiście wygodna sprawa. Minus jedyny - właściciele blogów na blogspocie rzadko, z tego co widzę, z disqus'a korzystają. Może blogger wprowadzi kiedyś podobne rozwiązania?
      A z drugiej strony, dostając od bloggera powiadomienia o wszystkich kolejnych komentarzach, mamy większą szansę dołączyć się do dyskusji w dowolnym momencie, nie tylko wtedy, gdy dostaniemy odpowiedź na swój komentarz, i uczynić ją bardziej "interaktywną". To też fajne, zwłaszcza w czasach, gdy mało kto ma czas na długie dyskusje - te blogowe i nie tylko... :-)

      Usuń
    11. Ach ten disgus - mnie on i tak się nie podoba, choćby miał być nie wiadomo jak przydatny. Wygląda bezdusznie i interaktywnie, na co mój tradycjonalistyczny zmysł estetyczny odpowiada nope. Swoja drogą kiedyś czytałam wpis, na którym blogerka wyzywa na disgusa, że zjadł jej wszystkie blogowe komentarze - ile w tym prawdy, nie mam pojęcia, ale jakoś mnie to odstraszyło ;)

      Marto: Twoja myśl jest tak pozytywna i jednocześnie tak utopijna, że aż się uśmiechnęłam kiedy to przeczytałam :) W czasach, kiedy ograniczamy wypowiedzi do minimum (Twitter się kłania), a komentarze na blogu to zwykle "super, przeczytam", wspomniane przez Dominikę, takie rozwiązanie byłoby na miarę złota. O ile oczywiście dyskusja byłaby na poziomie. Z tego co widzę to większość takich długich rozmów na portalach polega w większości na wyzywaniu oponenta i jego matki. Dlatego tak bardzo cieszy mnie ta dyskusja - chociaż z rozmowy o klasykach i ich czytaniu bądź nie, zeszłyśmy na diabelskiego disgusa ;)

      Usuń
    12. Leże i czytam, myślę, że większość boi się przejścia na disqus, bo stare komentarze albo znikają, albo są wyświetlane, ale chaotycznie. To jest niestety minus i to spory. Niemniej ja mam bloga na bloggerze i poświęciłam stare komentarze na rzecz właśnie tych dyskusji, które moim zdaniem toczą się żywiej dzięki disgusowi. Chociaż teraz udowadniamy, że i na bloggerze można rozmawiać :)
      Założenie o tym, że przy powiadomieniu o wszystkich komentarzach, mamy szansę włączyć się w ciekawą dyskusję jest słuszne i w sumie tak to powinno działać. Niestety u mnie się nie sprawdziło, ponieważ miałam skrzynkę zapchaną powiadomieniami o odpowiedziach typu "super, zapraszam do mnie", a dyskusja jakoś się nie wywiązywała.

      Olgo, czuję się odpowiedzialna za to, że wywołałam disgus z lasu, więc podsumuję ten wątek stwierdzeniem, że najlepiej jak każdy słucha siebie i robi to, co mu pasuje :) Dlatego nie namawiam na zmianę systemu komentarzy, bez disgusa też będę czytać Wasze blogi i komentować :)
      Rozmowa tutaj mnie również bardzo cieszy, bo tak wielu blogerów w ogóle nie przywiązuje wagi do komentarzy. Zostawiają byle jakie, byle gdzie, a na swoich stronach w ogóle nie starają się rozmawiać.

      Usuń
    13. Olgo: pomarzyć zawsze można ;-) Zdarzają się przecież fajne, merytoryczne komentarze. Dlatego trzeba te perełki łowić i je kolekcjonować. Niekoniecznie za pomocą disqus'a, bo, jak pisze Dominika, to jakiś łakomy pożeracz.
      Dominiko: to są również i moje obawy. Pomijając fakt, że z pewną taką nieśmiałością podchodzę do różnych udogodnień technicznych. Mówiąc wprost - nie miałabym nawet pojęcia, jak disqus'a u siebie zainstalować. Fajnie, że będziesz wpadać w odwiedziny, pomimo braku disqus'a! :-)

      Usuń
    14. Ha! a więc jednak te znikające komentarze to nie mit. Chyba nie jestem gotowa poświęcić komentarzy (choćby takich cudownych dyskusji jak ta;)), żeby mieć disgusa. Dominiko, musisz mi wybaczyć, że nie próbuję ułatwić Ci życia i cieszę się, że mimo to będziesz do nas, technicznych analfabetów (tak Marto, ja też pewnie nie umiałabym tego zainstalować :P)zaglądać ;)

      Właściwie zastanawiam się, po co ktoś rozpoczyna blogową działalność, jeśli nie zakłada prowadzenia dyskusji. Rozumiem, że niektórzy po prostu liczą na współpracę z wydawnictwami, innym może chce się bawić z postami typu "super", ale gdzieś to się przecież nudzi, powszednieje i utrudnia zamiast ułatwiać kontakt z drugim człowiekiem. Blog, jakikolwiek, nie tylko książkowy (chociaż taki przede wszystkim powinien krzewić wśród internautów miłość do słowa pisanego) musi skłaniać do wymiany zdań. Jak widać, nam trochę zmienił się kierunek rozmowy, ale każda z nas jest w stanie ustosunkować się do tego, co pisze druga. Bo nam się chce? Bo przyjemnie jest się wymienić opiniami i doświadczeniami? Moje Drogie Panie, chyba jesteśmy dinozaurami. Powinnyśmy zacząć pisać do siebie listy :D

      Usuń
    15. Popieram, popieram! Bo sztuka epistolarna w zaniku. Cieszę się, że napisałaś: listy, a nie: maile ;-)
      Te wszystkie szlachetne idee, które nam się marzą, niestety nie mają szans z pośpiechem, jaki nam wciąż towarzyszy. Kto ma dziś czas na długie dyskusje w tzw. realu? A co dopiero na blogu... A fajnie jest nie tylko książki czytać, ale również (a może przede wszystkim?) o nich rozmawiać. A jak ciekawie byłoby pokłócić się o książkę! Ale, ale - obiecałam sobie, że będę ograniczać narzekanie - stwierdzić muszę, że blogowe rozmowy czasem się zdarzają. Zresztą, jak słusznie zauważyłaś, jeśli nie będzie ich na blogach o książkach, to gdzie?

      Usuń
    16. Dziewczyny, przyznam się, że ze mnie też nie jest geniusz w kwestii instalowania różnych programów, dlatego korzystałam z instrukcji zamieszczonej gdzieś w sieci, gdzie krok po kroku napisano, co trzeba robić :) Ale rozumiem, że nie pałacie chęcią przemeblowania blogów, bo rzeczywiście disgus swoje wady ma.

      Olgo, dużo osób lubi patrzeć na rosnące statystyki czy właśnie stosy egzemplarzy do recenzji i rozmowa z kimś schodzi już na dalszy plan. Mnie szalenie denerwują takie płytkie komentarze, ale niestety zdarzają się często. I oczywiście nie mam nic przeciwko krótkim, zwięzłym, ale treściwym odpowiedziom, byle tylko było widać, że ktoś tekst przeczytał i ma coś do powiedzenia, a raczej napisania :) Zgadzam się, że bloger powinien lubić pisać, dlatego ostatnio lekko zszokował mnie wpis na jednej stronie, bo autorka pytała czy blogi książkowe odchodzą do lamusa na rzecz vlogów książkowych. Dla mnie "recenzje" w postaci filmików są nudne i nie wyobrażam sobie, że oglądam "gadające głowy". Słowo pisane w tym przypadku górą :)

      Leże i czytam (umknęło mi imię, dlatego przepraszam, że tak po nicku), przeciwko mailom nic nie mam, ale listy to byłoby coś. Przez całe życie nie miałam okazji napisania do kogoś listu, to jest dopiero dziwne. Natomiast w kwestii dyskusji, wydaje mi się, że w sieci powinno być łatwiej. Oczywiście nie rozmawiamy w tym samym momencie, ale jednak :)

      Usuń
    17. Wychodzi na to, że my mamy czas - a to już coś :) Właściwie taka forma jest dużo prostsza od rozmów w realu; nie rozmawiamy przecież w tym samym momencie (jak zaznaczyła Dominika), każda odpisuje wtedy, kiedy chce. Marta jest nocnym markiem a Dominika rannym ptaszkiem ;)

      Im więcej czytam tym bardziej brakuje mi właśnie rozmów o książkach. Ciężko to zorganizować, bo znalezienie partnera do rozmowy, który przeczytał to samo co my, jest dość trudne. Dlatego idea klubów książek jest dość kusząca, choć nie chciałabym, żeby ktoś w ramach klubu zmuszał mnie do przeczytania "50 twarzy Gray'a" :P Kłócenie się o książkę brzmi bajecznie - emocje związane z literaturą przeciągnięte do maksimum. Twoje narzekanie, Marto, jest w pełni zrozumiałe. Rozgrzeszam Cię ;)

      Hm rosnące statystyki to niewątpliwie miła rzecz. Ja lubię patrzeć na cyferki, ale nie one sprawiają mi największą radość. Możliwość porozmawiania z kimś o literaturze czy sprawach pokrewnych jest dużo bardziej twórcze niż patrzenie na rosnące słupki. Ale co kto lubi :) Co do kwestii vlogów - nie oglądałam, nie oglądam i oglądać nie będę "gadających głów". To nie moja bajka. Gdybym chciała posłuchać kogoś, kto mówi o książkach, włączyłabym program na TVP Kultura. Recenzja jest tekstem literackim więc siłą rzeczy powinna być pisana, przynajmniej moim zdaniem. No chyba, że cofamy się do czasów, w których sztuka oralna była górą. Swoją drogą, same recenzje również są coraz bardziej spychane na margines. Blogi obfitują w tagi, zabawy, stosy etc. a recenzje gdzieś znikają, albo stają się krótkie i coraz mniej merytoryczne. Teraz ja narzekam, ale zaczyna mnie to męczyć. Owszem, istnieją blogi, na które wchodzę z przyjemnością, czytam wszystko jak leci i z chęcią uczestniczę w dyskusji (bądź nie, jeśli nie mam nic mądrego do powiedzenia), jednak większość to tylko papka jakich wiele w sieci. Uff dobra, wygadałam się.

      Ja na pisanie listów jestem jak najbardziej chętna. Niedługo zapomnę, jak trzyma się długopis :P

      Usuń
    18. Zdecydowanie ranny ptaszek ze mnie, wieczorem jestem nie do życia.

      Klub dyskusyjny byłby fajny, ale właśnie ja nie lubię narzucania lektur. Jak ktoś powiedziałby mi: "przeczytaj na za dwa tygodnie coś tam", to od razu straciłabym chęć. W sumie nie wiem skąd się to bierze, ale lubię spontanicznie wybierać sobie książki.

      Statystyka bloggera byłaby fajna, gdyby była miarodajna. Niestety u mnie zupełnie się nie sprawdza. Teoretycznie moja strona ma sporo odsłon, ale w praktyce to są odwiedziny nabijane przez spamerów, boty i inne cuda. Swego czasu miałam problem ze spamem i chociaż zablokowałam wszystko to dalej widzę, że np. najpopularniejsze posty to jakieś przypadkowe sprzed 2 czy 3 lat. Po prostu gdzieś wpadły w te tryby, ale niestety to nie znaczy, że rzeczywiście czyta mnie 2 tysiące osób, z czego 1500 miesza w USA. Dlatego jak ktoś ekscytuje się statystykami to zawsze mam to w pamięci :P

      W kwestii vlogów mamy takie samo zdanie, kiedyś widziałam parę filmików i nie planuje tego doświadczenia powtarzać. Co do zabaw blogowych, tagów, stosów i innych takich, sama robię to rzadko, chociaż czasami się skuszę i taki prosty post wrzucę, ale jak widzę, że czyjś blog tylko to ma do zaoferowania, niestety przestaję go śledzić.

      Usuń
    19. Nie pojmuję, choć podziwiam. Ja wolę żyć wieczorem, czytać przed snem, a później spać co najmniej do 9 (pora karmienia kota):P

      Kluby mają dużo zalet, chociaż nie są spontaniczne. Jednak myślę, że warto byłoby zaryzykować czytanie takich nakazanych lektur, jeśli miałoby to spowodować kreatywną wymianę zdań. Coraz boleśniej zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele tracę nie mówiąc o książkach, które czytam. Wymiana zdań, doświadczeń i punktów widzenia pobudza do myślenia, pozwala na rozpatrzenie danego problemu z kilku różnych perspektyw. Ale rozumiem Cię doskonale - to byłoby trochę jak czytanie lektur na lekcje polskiego: muszę, nie koniecznie chcę.

      A to dość zaskakujące. Ja mam tych odsłoń niezbyt dużo (chociaż więcej mi nie potrzeba), ale jednak widzę, że większość jest z Polski, choć mały procent uaktywnia się na samym blogu w taki lub inny sposób. U Ciebie jednak widać spory ruch, stąd jestem trochę zdziwiona wspomnianymi botami.

      Zabawy są dobre, raz na jakiś czas pozwalają odświeżyć bloga, odpocząć autorowi od pisania. Ale to jednak zapychacze (chociaż nie ukrywam, że lubię dzielić się z Wami moimi zbiorami:)). Gdyby były bardziej kreatywne, patrzyłabym na to inaczej. Nie ukrywam, że na blogi wchodzę przede wszystkim dla recenzji, nie dla tagów. I cieszę się, że podzielasz moje zdanie w tej kwestii. To budujące :)

      Usuń
    20. Gdybym mogła wybrać, to trochę bym swój zegar biologiczny przestawiła, ale niestety nie da rady. Wstaję wcześnie i wcześnie padam spać. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek mogła spać długo. Nawet jeśli chcę to nie da rady, bo budzę się 5-6, nawet jak zarwę noc to i tak nie mogę spać. Moje kocisko domaga się jedzenia czasami już od 4, więc zwierzęta chyba potrafią dostosować się do właścicieli :)

      Dla mnie idealnym klubem byłby taki, w którym rozmawiałoby się nie na temat konkretnej książki, tylko na określone zagadnienie. Wtedy każdy mógłby dorzucić coś od siebie na podstawie książek, które zna. Niestety to też ma minusy, bo mogłoby się tak zdarzyć, że rozmówcy czytają zupełnie inne tytuły i z dyskusji nici.

      Na ten moment statystyka pokazuje, że przez ponad 5 lat moja strona miała 987,219 wyświetleń, ale wydaje mi się to zawyżone, bo wszystko podskoczyło od czasu problemów ze spamem. Ruch jest i bardzo się z tego cieszę, ale jednak sądzę, że blog nie jest tak często czytany jak pokazuje statystyka :) Oczywiście w ogóle się tym nie martwię, bo od liczb ważniejsze są właśnie dyskusje i komentarze.

      Mamy takie samo podejście :) Czasami trzeba taki zapychacz wstawić dla własnego relaksu, sama na dniach planuję opublikować jakiś tag, bo mam już 3 nominacje od lubianych blogerów, więc chcę na nie odpowiedzieć :) Stosy książek też lubię oglądać, ale właśnie od czasu do czasu :)

      Usuń
    21. Wracając do naszej dyskusji po kilku dniach przerwy, stwierdzam, że internetowa rozmowa ma jedną (przynajmniej jedną) przewagę nad tą "na żywo" - można do niej dołączyć/wrócić w dowolnym momencie bez ryzyka utraty wątku ;-). A i sama dyskusja nie traci przez to impetu.
      Kluby dyskusyjne to fajna inicjatywa, ale - zgadzam się z Wami - niepozbawiona wad. Wydaje mi się, że lektura "zadanej" książki to siła wyższa istnienia takich klubów. Teoretycznie, można uczestniczyć w spotkaniach wtedy, gdy ma być omawiana książka, którą sami mamy ochotę przeczytać. Albo już przeczytaliśmy. Co może ograniczyć naszą frekwencję do, dajmy na to, dwóch razy do roku ;-) Ważniejszą sprawą jest niestety to, że dość kiepsko jest z frekwencją na takich spotkaniach, co, przy okazji, mówi wiele o dzisiejszych czytelnikach. Chyba, mimo wszystko, wolą oni dyskusje online. I tak wracamy do punktu wyjścia: pozostają blogi. Podaż jest na tyle duża, że każdy znajdzie coś dla siebie: książkę, którą, podobnie jak autor bloga, właśnie przeczytał, albo około-książkowy temat do rozmowy. A jeśli to się nie uda, to teraz już wiem, że mogę do Was napisać list, żeby "pogadać". Albo maila ;-)

      Usuń
    22. Haha nie Dominiko, one się nie dostosowują - to my się dostosowujemy do nich. Koty są wiecznie głodne, taka żarłoczna natura, więc jak wstanę w nocy do łazienki, to mój też się domaga jedzenia, albo chociaż przysmaku :P

      Rzeczywiście, Marto, o tym nie było jeszcze mowy - frekwencja na takich spotkaniach zapewne nie należy do najwyższych. Skoro o literaturze mówić się nie chce nawet na blogach, gdzie do dyskusji można wrócić po dniu lub kilku dniach, to co dopiero na spotkaniu, na które trzeba dojechać (a jak jest śnieg to jeszcze zmarznąć). I stajemy wtedy przed dylematem: czy iść i przekonać się, że przyszły dwie osoby włącznie ze mną, czy olać sprawę. Nie zapominajmy jednak w jakich czasach żyjemy. Czemu takie kluby nie mają nowocześniejszej formy, np. wideokonferencji? Bez wychodzenia z domu, z możliwością porozmawiania z prawdziwymi ludźmi o tych samych książkach lub zagadnieniach. Myślicie, że coś takiego mogłoby zdać egzamin?

      Nie pamiętam, kiedy ostatnio napisałam do kogoś list - prawdopodobnie byłam jeszcze dzieckiem. Miło byłoby jednak nawiązać z kimś korespondencję (a taką dotyczącą literatury to już w ogóle:D); choćby tylko dla samego uczucia otrzymania od kogoś listu :)

      Usuń
    23. Niby nie jest tak, że "nikt nie czyta" (a przynajmniej wszyscy temu zaprzeczają), ale jak przychodzi co do czego, a raczej jak ma przyjść czytelnik np. na spotkanie autorskie, to bywa różnie. Przypominają mi się wywiady z autorami, w których opowiadali, jak przemierzali wiele kilometrów z jednego końca kraju na drugi, aby spotkać się z trójką czytelników na spotkaniu organizowanym przez lokalną bibliotekę lub dom kultury. Z czego jeden z przybyłych bawił się smartfonem, drugi wyszedł a trakcie, a trzeci - przysypiał.
      No ale, ad rem. Jak na zawołanie, na jednym z blogów (https://5000lib.wordpress.com/2016/01/17/212-ikd-internetowy-klub-dyskusyjny/) pojawił się właśnie pomysł Internetowego Klubu Dyskusyjnego. Założenia takie same, jak w klubach "stacjonarnych": czytanie umówionej z góry książki odbywa się w realu, dyskusja-online. Ciekawa jestem, jak się ten pomysł sprawdzi w praktyce. Nie dołączam na razie, bo mnie również niezbyt pasuje idea czytania "zadanej" lektury. Ale link przesyłam, może warto mieć sprawę na oku?
      Video-konferencje? Pewnie miło byłoby nie tylko słyszeć/czytać, ale i widzieć rozmówcę, ale to już kolejny stopień wtajemniczenia ;-)

      Usuń
    24. *Mała poprawka: założenia klubu PRAWIE takie same, jak klubów stacjonarnych: czytamy w realu, ALE dyskusja, oczywiście, online ;-)

      Usuń
    25. Może i czytamy, jasne, mnożące się blogi literackie świadczą o tym doskonale. Ale co z tej lektury wynika (oprócz książki od wydawnictwa na półeczce)? Nie chce nam się rozmawiać, często nie chce się pisać recenzji i robimy to skrótowo lub (to też zauważyłam) zrzynamy z innej recenzji. Niestety tu wyjaśnieniem może okazać się sformułowanie "moda na czytanie", które ostatnio jest popularne. Owszem, czytamy, ale z jakich powodów? Bo fajnie wyglądam z książką w środkach komunikacji miejskiej? Bo będę mogła się pochwalić na FB czy innym Twitterze, że coś przeczytałam... Wiem, marudzę - i to bardzo, i mam nadzieję, że połowa z tego co napisałam to tylko moje czarnowidztwo. Jednak gdzieś z tyłu głowy pozostaje mi ta myśl, że wielu współczesnych czytelników nie czyta dla wzbogacenia wiedzy, walorów estetycznych, kulturowego obeznania się ze światem, ale dlatego, że to pewna forma bycia trendy.

      No proszę! Inicjatywa mi się podoba, zwłaszcza, że nie zawsze trzeba brać udział w dyskusji. Owszem, pozostaje ten bolesny przymus lektury zadanej. To odpadłoby chyba tylko w przypadku, w którym to Ty byłabyś prowadzącą (oczywiście odpadałoby dla Ciebie, nie dla nas, chyba, że byśmy się dogadały);) Będę obserwować, to na pewno :)

      Usuń
    26. Mam wrażenie, że czytanie promuje się tym hasłem, wmawiając, że spędzanie czasu z lekturą jest sexy, trendy itp. etc. A ludzie "łapią" się dziś głównie na to, co jest modne i cool. To wyjaśniałoby bezrefleksyjne czytanie i obnoszenie się z książką jak z gadżetem. Ale jeśli to tylko "moda", a nie prawdziwa potrzeba, to i ona, jak wszystkie inne trendy, minie. A na placu boju, z książką w ręku i okularami o grubości denek od butelek zostaną tylko najwytrwalsi bibliofile ;-)
      Dość czarnowidztwa - wpadłam, żeby pokazać, że na blogach jest mnóstwo pomysłów na interaktywne dyskusje o książkach. Przykład kolejny - cykl "Pikniki z klasyką" na blogu Czytam to i owo (http://czytamtoiowo.blogspot.com/2015/10/piknik-z-duchami-czyli-mr-james-po-raz.html), w pomysłowej formie rozmowy dwóch blogerek, które przeczytały "zadaną" sobie samym książkę. Formuła pikników jest otwarta, dziewczyny ogłaszają z wyprzedzeniem, co i kiedy mają w czytelniczych planach, więc zawsze można dołączyć, czytając samemu albo i nie. Bardzo mi się to podoba! A na marginesie dodam, że jakiś czas temu przeczytałam książkę, która pod wieloma względami - podejście do lektur, paradoksy i cel czytania - świetnie pasuje do naszej dyskusji. Więcej powiem na blogu, gdy opublikuję opinię :-) Pozdrowienia!

      Usuń
    27. Olgo, co do kotów i żarłoczności, mój jest wyjątkiem w tym względzie. Jest bardzo wybredny, je tylko kilka rodzajów karmy, a na inne nawet nie spojrzy. I nigdy nie wyjada z miski do końca, musi mieć nasypane do połowy co najmniej, żeby w ogóle raczył spojrzeć w kierunku jedzenia. Weterynarz mi kiedyś mówił, że koty są skomplikowane, niektóre po prostu przestają jeść, tzn. trzeba dbać o to, żeby jadły, bo kot może się sam zagłodzić. Nie jest tak, że "jak zgłodnieje to zje". Ale się dygresja zrobiła, przepraszam :)
      Marto, racja, do dyskusji internetowej można wrócić po pewnym czasie i okazuje się, że nic ze swej jakości nie straciła :)

      Co do wideokonferencji to w sumie ciekawy pomysł, ale pewnie jakoś nie pojawiły się takie inicjatywy czytelnicze (przynajmniej mnie o nich nie wiadomo), bo jednak trzeba się przygotować niemal tak jak do wyjścia i na dodatek wszyscy muszą mieć czas w tym samym momencie. Dlatego takie dyskusje pisane łatwiej jest prowadzić, chociaż niewątpliwie fajnie byłoby porozmawiać w czasie rzeczywistym.
      Na spotkania autorskie również nie chodzę, bo czytam bardzo mało książek polskich autorów (ale chciałabym to zmienić) i prawda jest też taka, że często o spotkaniu dowiaduję się już po fakcie. Natomiast nie wyobrażam sobie,jak można przysypiać czy bawić się komórką, kompletny brak szacunku. To już lepiej nie przychodzić.

      Olgo, czytanie jako być trendy? Może i coś w tym jest, ale chyba łatwo odróżnić kogoś, kto czyta z pasji, a kto tylko udaje zainteresowanego literaturą, żeby stworzyć sobie taki a nie inny wizerunek. I po blogach to też widać, dlatego fajnie, że Marta znalazła ciekawe inicjatywy :) Też będę je obserwować.

      Usuń
    28. Dominiko, za dygresję nie przepraszaj, bo to ja rzuciłam temat kotów. Poza tym o tych stworach mogę gadać godzinami, więc jak będziesz chciała kiedyś o nich pogadać, to służę ;)

      Marto, kolejną świetną inicjatywę wyczarowałaś. Tak sobie nawet pomyślałam, że to by bardzo dobrze wyszło w naszym gronie: przykładowo - każda z nas zadaje dwóm pozostałym książkę (która oczarowała, była w życiu ważna, albo wręcz przeciwnie etc.). Gatunek jest obojętny, a im mniej znana powieść (albo dramat!) tym lepiej. Dyskusję odbywamy mailowo, a osoba zadająca publikuje wszystko u siebie na blogu. W ten sposób poznałybyśmy swoje zainteresowania literackie, a przy okazji może udałoby się zachęcić kogoś do lektury bądź dyskusji ;) Pomyślcie o tym (ja się chyba trochę podjarałam, więc proszę o kubeł zimnej wody) :) No i oczywiście, Marto, czekam na opinię o wspomnianej przez Ciebie książce :D

      Co do trendów w czytelnictwie: myślę, że założenie, że czytanie jest modne doskonale obrazują spędy w stylu Targi Książki; w zestawieniu z małymi spotkaniami autorskimi tym bardziej. W kilku miejscach czytałam, że na zeszłorocznym spotkaniu z Aleksijewicz tłumy waliły drzwiami i oknami, przepychając się jeden przez drugiego, a nawet używając przeuroczych epitetów. Po co? By zdobyć podpis noblistki na książce. Z kolei na spotkaniach autorów mniej znanych, rodzimych, jest tak jak mówi Marta - nuda, telefony w ruchu i przysypianie. Jedno jak i drugie pokazuje brak szacunku do pisarza, ale przede wszystkim wskazuje to na ogromne różnice między czytelnikami a lanserami.

      Usuń
    29. Super, temat kotów mnie też nigdy się nie nudzi :)

      Olgo, pomysł wydaje mi się godny rozważenia :) Obawiam się tylko, że miałabym problem z zadaniem Wam książek, bo jednak u mnie przeważa literatura popularna i jakoś trudno byłoby wskazać powieść o niesamowitych walorach. Chyba stresowałabym się, że Wam się nie spodoba :)

      Nie byłam nigdy na targach książki, więc nie wiem jak to wygląda, ale faktycznie z różnych relacji można odnieść wrażenie, że to taki spęd. Zastanawiam się tylko po, co niektórzy tak walczą o ten autograf, o to miejsce na spotkaniu z noblistką skoro wcale ich to nie interesuje. Ale pewnie odpowiedziałyśmy sobie już na to wcześniej - moda.

      Usuń
    30. Mam nadzieję, że w kwestii pomysłu Marta już zdążyła do Ciebie napisać :) Ja z chęcią otworzę umysł na doświadczenia literackie, które mi, Drogie Panie, zaserwujecie. Dominiko - jak którejś z nas się nie spodoba, to dyskusja będzie tym żywsza :)

      Usuń
    31. Tak, Marta do mnie napisała, ale ja się trochę obawiam, że nie będę w stanie czytać w terminie i będzie musiały na mnie czekać. Dlatego na razie chciałabym przyjąć pozycję wolnego czytelnika i włączać się do dyskusji wtedy, kiedy będziecie rozmawiać o ksiażce, którą już znam. Wiem, że to nie tak miało funkcjonować, ale znam siebie i wiem, że będę was spowalniać :P

      Usuń
    32. To Twoje święte prawo :) Mam nadzieję, że te dyskusje uda się pociągnąć przez dłuższy czas - może wtedy zdecydujesz się do nas dołączyć bez strachania, że nas spowalniasz:P. A poza tym zawsze pozostaje komentowanie pod dyskusją ;)

      Usuń
    33. Też mam taką nadzieję, kibicuję Wam mocno :)

      Usuń
  8. Skoro tak bardzo chwalisz, to muszę koniecznie sięgnąć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że kiedyś uda Ci się złowić tę książkę, i że zaczaruje Cię tak, jak mnie :)

      Usuń
  9. Nie mam nic przeciwko Twoim hymnom, tym bardziej, że uzasadnionym:) No i proszę.
    Znowu mam chęć powrócić do książki i przypomnieć sobie wrażenia. Podoba mi się to nowe wydanie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej staram się unikać emocjonalnych recenzji, ale tym razem nie mogłam się powstrzymać :)Prawda, że piękne? Rzadko się zdarza, by polskie wydania były ładniejsze od zagranicznych. To jest trochę wzorowane na angielskim, ale i tak przebija wszystkie :)

      Usuń
  10. Taki kac książkowy to coś wspaniałego.
    Koniecznie muszę poznać tę książkę. Twoje hymny pochwalne w pełni mnie do tego przekonują. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, nadal mnie trzyma ;)
      Książka jest piękna i nietuzinkowa, więc myślę, że mogłaby Ci się spodobać :)

      Usuń

Zostaw po sobie ślad, za każdy jestem niezmiernie wdzięczna :)
Pamiętaj jednak o netykiecie. Wiadomości niecenzuralne, obelżywe i niezwiązane z tematem będą kasowane bez mrugnięcia okiem. Jeśli chcesz, żebym do Ciebie zajrzała, zostaw swój adres pod komentarzem :)