poniedziałek, 21 grudnia 2015

"Aleja tajemnic" John Irving - recenzja przedpremierowa!




Żądza i wiara


Czytelnicy Johna Irvinga czekali na jego nową powieść ponad trzy lata. Autor nie należy do tych, którzy rok po roku wydają kolejny hit, dlatego dla jego fanów jest to zwyczajowy czas oczekiwania. Jednak Irving jest pisarzem najwyższych lotów, doskonałym gawędziarzem i jeszcze lepszym obserwatorem – dlatego na każdą z jego książek czeka się z ogromną niecierpliwością i wielkimi nadziejami.




Kiedy Juan Diego poznał brata Pepe, los jego i jego siostry uległ zmianie, choć dzieci nie wiedziały jeszcze jak wielkiej. Przynajmniej Juan Diego tego nie wiedział. Lupe, która doskonale czytała w myślach, a czasem udawało jej się przewidzieć przyszłość, mogła się czegoś domyślić. Pepe zaś wiedział z pewnością, że te przedziwne dzieci – dzieci z wysypiska – jeszcze wiele go nauczą. O sobie, ludziach i prawdziwych cudach.



Wiele lat później dorosły już Juan Diego wyrusza na Filipiny, by spełnić obietnicę złożoną w młodości. Jest pisarzem mieszkającym w Ameryce, choć jedne z najważniejszych lat życia spędził w Meksyku – pełnym kapliczek i figurek matki boskiej, ale także brudu, porzuconych dzieci, prostytutek i bezpańskich psów. To właśnie te chwile będzie wspominać, a raczej będzie o nich śnić podczas swojej podróży. Na jawie zaś przeżywać będzie jedną z najdziwniejszych podróży swojego życia. Odbędzie ją u boku dwóch kobiet, fanek, tajemniczych podróżniczek, które wprowadzą go w świat pełen pożądania.



Irving prowadzi swoją powieść jak przystało na wytrawnego opowiadacza. Ukazuje nam dwie płaszczyzny czasowe – teraźniejszą i przeszłą – jednak do pewnego momentu to właśnie przeszłość, wspomnienia bohatera, interesuje go najbardziej. Są też najciekawszymi i najpiękniejszymi fragmentami powieści. Autor przenosi nas do Meksyku lat siedemdziesiątych, gdzie na ulicach spotkać możemy zarówno bogobojne panienki, trzymające w rękach różaniec, jak i prostytutki wdzięczące się przed klientami. Bicie pokłonów i wykrzykiwanie modlitw pod posągiem matki boskiej jest normą, tak samo jak bezdomne dzieci pogryzione przez wściekłe psy. Religia przeplata się tam z bluźnierstwem, czystość z brudem, katastrofa może być bliska cudowi, zaś cud może nie zostać zauważony. Meksyk ukazany oczami Juana Diego jest jednak miejscem pięknym, pełnym ludzi, zwierząt i ukochanych przez chłopca książek, ale przede wszystkim magii, która nierzadko o sobie przypomina.  



Autor pozwala nam zobaczyć świat z perspektywy Juana Diego, rozkładając jego przeszłość jak i najbliższą przyszłość na czynniki pierwsze. Pozwala nam poznać tego tajemniczego i zamkniętego w sobie autora, który zdaje się żyć w swoich snach, w ukochanych wspomnieniach o ludziach, których stracił. Juan Diego, zarówno czternasto- jak i pięćdziesięcioczterolatek, należy raczej do bohaterów wycofanych, dość apatycznych, stanowiących swojego rodzaju lustro, w którym możemy przyglądać się jego bliskim oraz przestrzeni, w której żyje. Oczywiście z czasem poznajemy coraz więcej aspektów jego codzienności, towarzyszących mu myśli. Zaczynamy również przewidywać jego przyszłość (niczym czytająca w myślach Lupe), jakby zdarzenia rozgrywające się wokół niego były bardziej wyraźne dla nas niż dla bohatera. Dowiadujemy się tego dzięki silnym kobietom, istotom najważniejszym w jego życiu – jak właśnie Lupe – a także tym, którym udało się go w pewien sposób zniewolić – jak Miriam i Dorothy. To one przekazują nam najwięcej informacji na temat wnętrza i przyszłości Juana Diego. One i relacje, które je z nim łączą. Przyszłość i przeszłość Juana Diego okazują się być zależne właśnie od kobiet, ich czynów i słów, od tego, co będą w stanie dla niego zrobić.



Aleja tajemnic jest powieścią, w której jednym z głównych problemów, nurtujących przede wszystkim Juana Diego, jest religia, a właściwie nie tyle sama religia i wiara, co jej relacja z kościołem. Bohater, który nie należy do wierzących (później zaś wyrabia sobie dość stanowcze poglądy na temat władz kościelnych) skonfrontowany zostaje nie tylko z otoczeniem, w którym na każdym kroku spotkać można zawodzącą zakonnicę, ale także z osobami, które ukształtowała głęboka wiara – z czego jedni stają się fundamentem jego nowego życia, drudzy zaś mogą je skutecznie zahamować. Nie obędzie się oczywiście bez „kontrowersyjnych” przemyśleń na temat miłości, aborcji czy seksu. Wszystko to skąpane zostaje w bluźnierczych a jednocześnie zabawnych słowotokach, które wygłasza bełkocząca Lupe, zachwycająca się krwiożerczą boginią Coatlicue i przeklinająca kościół za uznanie Guadelupe za meksykański wizerunek Maryi. Dlatego, drodzy katolicy, proszę byście czytając tę książkę mieli otwarte umysły i nie zapominali o swoim i autora poczuciu humoru.



Czytając Aleję tajemnic odniosłam jednak wrażenie, że Irving w swojej twórczości raczej zapada się do wewnątrz niż rozszerza swój światopogląd. Świadczą o tym kolejne nawiązania do poprzednich powieści autora (mamy tu: aborcję, sieroty, cyrk, transwestytę, miłość homoseksualną), a nawet jawne przywoływanie niektórych utworów, oczywiście podanych jako książki napisane przez Juana Diego – Metodę wodną czy Regulamin tłoczni win. Dla fana autora jest to jednocześnie frajda – może on przecież odnaleźć wszystkie smaczki i mrugnięcia okiem do czytelnika, które pisarz tam dla niego umieścił – ale także kolejne świadectwo jego monotematyczności. I chociaż nie można odmówić Alei tajemnic pewnego rodzaju świeżości, błyskotliwych przemyśleń czy ciekawych kreacji bohaterów, niektórym może być trudno przebrnąć przez kolejną dawkę powtarzającego się Irvinga, błyszczącego w swoich ulubionych tematach choć wypadającego czasem dość płasko, jakby pewne kwestie zostały już domknięte, już opowiedziane.



Aleja tajemnic mnie nie zaskoczyła – ani pozytywnie, ani negatywnie. Spodziewałam się po tej powieści humoru, powagi, cudownej opowieści o życiu i cierpieniu z nim związanym, o samotności i szczęściu. To właśnie otrzymałam (a może nawet trochę więcej). Pozostało mi teraz czekać kolejne kilka lat na następną dawkę Irvinga.


Moja ocena: 6/10
 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu

 
Autor: John Irving
Tytuł: Aleja tajemnic
Data wydania: 12.01.2016
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

czwartek, 17 grudnia 2015

"Jak uleczyć fanatyka" Amos Oz - recenzja


Bolesna sztuka kompromisu


Amos Oz – izraelski pisarz, eseista, wykładowca literatury. Do tej pory nazwisko to było mi znane tylko z artykułów, recenzji i opowieści, kołatało się gdzieś z tyłu głowy, aktywując się raz na jakiś czas bez większych skutków. Zachęcona opiniami Marty z bloga Cuddle up with a good book, postanowiłam wreszcie sięgnąć po twórczość autora. Pozostało tylko odwieczne pytanie – od czego zacząć? Gdy mój wzrok padł na tytuł tej niewielkiej publikacji, klamka zapadła.




Jak uleczyć fanatyka to króciutki zbiór trzech wykładów, które autor wygłosił w Tybindze w 2002 roku, a więc po ataku terrorystycznym z 11 września. Choć sam tytuł mógłby świadczyć o tym, iż Oz ma dla nas remedium na szerzący się fanatyzm, jego teksty nie dają jasnej odpowiedzi, lecz raczej naświetlają naturę tej zgubnej postawy. Pozwalają czytelnikowi nie tylko przyjrzeć się opisywanemu konfliktowi palestyńsko-izraelskiemu, ale także zmuszają do rozliczenia się z własnym światopoglądem.



Nie, fanatyzm jest obecny prawie wszędzie i w spokojniejszych, bardziej cywilizowanych formach występuje wokół i być może tkwi także w nas samych. Czyż nie znamy przeciwników palenia papierosów, którzy spaliliby człowieka żywcem, gdyby przy nich sięgnął po papierosa? (...)Oczywiście nie twierdzę, że każdy, kto przeciw czemuś protestuje, jest fanatykiem, skądże. (...) Ja mówię, że ziarno fanatyzmu zawsze tkwi w kategorycznym przekonaniu o bezwzględnej słuszności, tej pladze wielu stuleci.



Wywody autora zachwycają nie tylko jasnym określeniem problemu, ale przede wszystkim stylem, sposobem pisania (mówienia), w którym co chwilę znaleźć możemy anegdotę – Oz sam przyznaje, że ma skłonności do dygresji – a także całą masę humoru i ironii. Zresztą właśnie humor jest według autora najlepszym sposobem walki z fanatyzmem. ... jeżeli masz poczucie humoru, możesz być częściowo uodporniony na fanatyzm – pisze Oz i rozważa nad zamknięciem poczucia humoru w pigułce, którą można by podać każdemu. Ta niesamowita lekkość wykładów pisarza sprawia, że czyta się je z niekłamaną przyjemnością oraz, co bardzo istotne, ze skupieniem i uwagą, które pozwalają nam wynieść z nich naprawdę wiele.



Nie da się jednak ukryć, że choć Oz rozprawia o ewolucji i idei fanatyzmu, najbardziej interesuje go konflikt w jego kraju. Rozmyśla nad jego przyczyną i stara się znaleźć rozwiązanie. Wybiera jedno – bolesne, ale najlepsze. Kompromis, który jak zauważa, przez wielu Europejczyków uznawany jest za synonim oportunizmu. Autor przemianowuje to słowo, nadaje mu nowe znaczenie – dla niego kompromis znaczy tyle samo co życie. Jego przeciwieństwem jest zaś fanatyzm i śmierć. Dlatego dla swojego kraju pragnie właśnie kompromisu, który przyrównuje do rozwodu, przykrego podziału niewielkiego mieszkania, w którym żyją dwie osobne jednostki, mające święte prawo się w nim znajdować. Autor liczy na to, że po pewnym czasie będą gotowe, by zaakceptować podział, przejść do salonu i wspólnie napić się kawy.



Wykłady autora mają na celu wyostrzyć nasze zmysły na fanatyzm, który kryje się nie tylko pod postacią zamachowców i tłumów wywrzaskujących swoje racje. To postawa, która może mieścić się we wszystkich aspektach życia społecznego, jest zaraźliwa niczym najgorszy wirus i potrafi opętać każdego z nas. Dlatego Oz zachęca do przyjrzenia się sobie i swojemu otoczeniu w sposób krytyczny, do zauważenia błędów i potknięć, do śmiania się z siebie. Jego poglądy są dalekie od żarliwości. Są wyważone, a przede wszystkim zdroworozsądkowe – Oz wyraźnie opowiada się po jedynej możliwej stronie, stronie pokoju. 


Moja ocena: 6/10

Autor: Amos Oz
Tytuł: Jak uleczyć fanatyka
Liczba stron: 62


wtorek, 15 grudnia 2015

Świąteczny berek książkowy

Wszystkie grafiki pochodzą z tej strony

 

Dziś przychodzę do Was z kolejnym TAGiem. Tym razem nominację otrzymałam od Erny Eltzner - autorki bloga Majuskuła. 

Serdecznie zapraszam :)

 

 Lektura na zimowe wieczory
Idealną zimową książką jest Bielszy odcień śmierci Bernarda Miniera, o ile lubicie lektury z dreszczykiem. Akcja powieści rozgrywa się w mroźnych Pirenejach, klimat jest wręcz przytłaczający a zagadka zmrozi krew niejednemu śmiałkowi. Czyta się ją doskonale, gdy za oknem wieje i śnieży.
Bohater, na myśl o którym robi ci się zimno
Buka! Przecież to oczywiste. Nikt nie może się z nią równać - nawet Królowa Śniegu.

Potrawa z książki, która powinna znaleźć się na twoim świątecznym stole
Hmm z chęcią zobaczyłabym tam mięsiwa, którymi zajadał się Eberhard Mock. Ślinka zawsze ciekła mi na samą myśl o smakołykach z restauracji starego Breslau. Poza tym mogłabym zjeść mięso w Wigilię ;)
 Bohater, który jest wspaniałym towarzyszem
Tu z pewnością mogłabym długo wymieniać - Partick i Bubba z powieści Dennisa Lehane, Jaskier z sagi o Wiedźminie, Tyrion z Pieśni Lodu i Ognia. Wolałabym mieć ich wszystkich przy sobie.
 Bohater, z którym chciałabyś pośpiewać świąteczne piosenki
Szczerze nie cierpię świątecznych piosenek (kolęd i tych kawałków o Rudolfie). Jednak gdybym miała wybierać śpiewanie z kimkolwiek, wybór padłby na mojego ulubionego wampira. Lestat jako gwiazda rocka nadałby się idealnie.
 Książka lub seria, którą chciałabyś dostać pod choinkę
Tu wybór jest bajecznie prosty - Middlesex Jeffreya Eugenidesa. O tej książce marzę od dłuższego czasu i jeśli nie zobaczę jej pod choinką, przestaję wierzyć w świętego M.
 Książka, która przepełnia cię rodzinną atmosferą
Wspominałam o tej książce przy okazji innego tagu, to jedna z moich ukochanych historii, do której lubię wracać. Mowa o Zagubionych chłopcach Orsona Scotta Carda. Rodzina jest w tej powieści niesamowicie ważna. 

Anegdotka związana z tobą, książkami i
świętami

Niestety nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnej anegdotki, która zawierałaby te dwa elementy. 
 Miejsce, świat książkowy, w którym chciałabyś świętować tę noc
Nie obraziłabym się na Sylwestra po drugiej stronie lustra. Taka impreza w towarzystwie bohaterów z Alicji w krainie czarów byłaby nie lada przeżyciem.
 Książka, która ładuje twoje baterie nadzieją
Wychodzi na to, że niezmiernie rzadko czytam książki przepełnione nadzieją. Wolę chyba smutne i tragiczne historie. Jednak jest jedna powieść, która budzi we mnie niesamowicie ciepłe uczucia. To Zabić drozda Harper Lee. Być może nowy rok zacznę właśnie od przypomnienia sobie tej lektury.


I to by było na tyle. Mam nadzieję, że chociaż trochę poczuliście magię zbliżających się świąt. Do TAGu nie nominuję nikogo - jeśli macie ochotę na tę zabawę, śmiało :) 


sobota, 12 grudnia 2015

"Paskudna historia" Bernard Minier - recenzja




 Uwielbiam paskudne historie


Kiedy w 2012 roku przeczytałam Bielszy odcień śmierci, przepadłam na dobre. Od tamtej pory co roku ukazuje się kolejna powieść Bernarda Miniera, a ja co roku czekam na nią jak na święto. Tym razem autor postanowił trochę zboczyć z obranej przez siebie drogi – zamiast napisać kolejną część cyklu o Martinie Servazie, postanowił wysmażyć nam kryminał, którego głównym bohaterem i jednocześnie jednym z narratorów jest... szesnastolatek. Czy byłam zawiedziona? Tak, choć jedynie przez chwilę. Wierzyłam w umiejętności autora i wiara ta się opłaciła.




Henry Walker jest zwykłym nastolatkiem, przeżywającym swoje wzloty i upadki, codzienne problemy i radości. Coś się jednak zepsuło, czuje to doskonale. Gdy ukochana dziewczyna, Naomi, postanawia z nim zerwać, Henry wie, że jest to dopiero początek złych wieści. Nie myli się. Niebawem Naomi zostaje znaleziona martwa na plaży – naznaczona bliznami, naga i napuchnięta od wody, pozbawiona oczu, które zostały wydłubane przez ptaki. Samobójstwo czy morderstwo? Policja tylko przez chwilę zadaje sobie to pytanie. Ktoś zabił dziewczynę, a podejrzanym numer jeden jest Henry.



Z racji, że ta recenzja będzie peanem na cześć autora, rozpocznę od pewnego mankamentu, który zwrócił moją uwagę. Nie może być przecież zbyt słodko, prawda? Miniera uważam za mistrza słowa, a w tym określeniu nie ma ani odrobiny przesady – autor świetnie nim operuje, dostosowując styl do sytuacji oraz wykształcenia swojego bohatera. Nie stara się upraszczać niczego na siłę, błyszczy w opisach przyrody i doskonale radzi sobie z dialogami. Dlatego początek powieści był dla mnie niemałym rozczarowaniem, które spowodowało, że w Paskudną historię wgryzałam się z lekkim lękiem z tyłu głowy. Rozmowy Henry’ego z przyjaciółmi są zaskakująco infantylne (co może być spowodowane ich wiekiem), jednak w dalszej części powieści przestało to być tak widoczne. Do tego dochodzi jeszcze niezręczna „obelga” rzucona przez niebezpiecznego członka gangu motocyklowego – wypierdek nie brzmi zbyt groźnie, prawda? Może w języku francuskim jest to poważna potwarz, lecz po polsku brzmi po prostu śmiesznie (więc być może wina leży po stronie tłumaczki). A na dokładkę mamy jeszcze niefortunne powtórzenia. Wiem, że nie są to poważne zarzuty i prawdopodobnie nikt nie zwróci na nie uwagi, jednak mnie przeszkodziły w zapamiętałym rzuceniu się w wir opowieści. Właśnie dlatego, że Minier już nie raz udowodnił mi, jak dobrym jest pisarzem.



Dalszy ciąg tej recenzji mógłby składać się z jednego zdania: Musicie to przeczytać! Warto jednak trochę rozwinąć tę myśl.



Geniusz Miniera opiera się na trzech silnych filarach: intrydze, języku i warstwie obyczajowej. Do tego dochodzą kolejne podpory – bohaterowie i psychologia postaci (dopracowane do perfekcji w cyklu o Martinie Servazie), mroczny, duszny klimat, któremu nierzadko towarzyszą opisy przyrody, a także niesamowita umiejętność autora do robienia swojego Czytelnika w tak zwane bambuko. W Paskudnej historii wszystkie wymienione przeze mnie punkty współgrają ze sobą jak trybiki w szwajcarskim zegarku.



Królową powieści jest intryga, rozbudowana i dopracowana do perfekcji. Nie sądziłam, że Minierowi znowu uda się mnie nabrać, jednak tak właśnie się stało. Do historii morderstwa dochodzi także opowieść samego Henry’ego – nastolatka, który może kryć mroczną tajemnicę, nie będąc nawet tego świadom. Jednak dwie niewiadome to stanowczo za mało dla francuskiego pisarza. Jest jeszcze jedna, dotycząca mieszkańców wyspy, na której wszyscy się znają, przynajmniej w teorii. Lecz wiadomym jest, że każdy z nas kryje przed resztą sekrety, jedne mniejsze drugie większe. Co by się stało, gdyby ktoś niepowołany dowiedział się o naszych najskrytszych tajemnicach? Minier łączy te wątki z niesamowitą łatwością. Jeśli jednak myślicie, że szybko uda Wam się przewidzieć następny ruch autora, grubo się mylicie. To nie jest kolejny przewidywalny kryminał, o którym zapomnicie zaraz po odłożeniu książki na półkę. To paskudna opowieść, która przez długi czas nie będzie chciała się od Was odkleić.



>W Paskudnej historii autor ucieka z rodzimej Francji i przenosi nas do Glass Island, na północ od Seattle. Umieszczenie akcji na wyspie jest doskonale przemyślanym zabiegiem – nie tylko bohaterowie znajdują się w klatce, my jesteśmy tam razem z nimi. To przemożne uczucie osaczenia, zbliżającego się niebezpieczeństwa, potęgowane jest nie tylko samą akcją, ale także specyficzną tematyką, którą Minier interesuje się od jakiegoś czasu. Chodzi mianowicie o proces cyfryzacji, postępujący brak prywatności w społeczeństwie tak pochłoniętym nowymi technologiami, że zdaje się nie zauważać, iż żyje w domu o szklanych ścianach, w którym wszyscy widzą i wiedzą wszystko. Autor wyraźnie krytykuje ten brak wyobraźni, ukazując bezwzględność osób, które z łatwością mogą kontrolować nasze życie.



Minier mnie nie zawiódł. Po raz kolejny udowodnił, że jest mistrzem kryminału, jednym z niewielu pisarzy gatunku, który cały czas potrafi zaskoczyć. Jednak autor, jak to ma w zwyczaju, pozostawia nas nie tylko z poczuciem dobrze spędzonego czasu. Prowokuje do zastanowienia się nad kondycją człowieka, zarówno w obliczu pierwotnego zła jak i postępu.


Moja ocena: 7/10
 
Autor: Bernard Minier
Tytuł: Paskudna historia
Data wydania: 6.10.2015
Liczba stron: 416
Wydawnictwo: Rebis