środa, 26 sierpnia 2015

"Bielszy odcień śmierci Bernard Minier - recenzja

26 sierpnia 1960 roku urodził się Bernard Minier - francuski autor powieści kryminalnych. Dla pisania kryminałów zrezygnował z pracy w administracji celnej. I całe szczęście, bo jego powieści to powiew świeżości w zastałym już gatunku. W dniu 55 urodzin autora zapraszam do zapoznania się z recenzją debiutanckiej powieści Miniera, Bielszy odcień śmierci.


Śmierć niejeden ma odcień


Bielszy odcień śmierci – debiutancka powieść Bernarda Miniera, dorobiła się miana najlepszego francuskiego kryminału 2011 roku. Mam w zwyczaju podchodzić do tego typu "łatek" bardzo sceptycznie, gdyż zwykle nijak się one mają do rzeczywistości. I może dobrze, że właśnie w ten sposób potraktowałam tę pozycję – dzięki temu nie tylko dziko mnie zafascynowała, ale również ogromnie zaskoczyła.



Komendant Martin Servaz – rozwiedziony (ale, Bogu dzięki, nie alkoholik) czterdziestoletni pasjonat muzyki Mahlera i literatury klasycznej – zostaje wezwany do elektrowni wodnej mieszczącej się w jednej z dolin Pirenejów, gdzie dokonano okrutnej i nietuzinkowej zbrodni, w której zabito i okaleczono...konia. Jednak nie byle jakiego konia. Ten ogier czystej krwi należał bowiem do Erica Lombarda, jednego z najbogatszych i najbardziej wpływowych ludzi we Francji. Chociaż Servaz wie, że musi rozwiązać sprawę zabójstwa konia tylko ze względu na władzę i pieniądze młodego potentata, to jednak cały czas coś nie daje mu spokoju – kto mógł być na tyle okrutny, by w taki sposób zabić niewinną istotę? Tego samego dnia do doliny przybywa młoda pani psycholog, Diane Berg. Ma ona objąć stanowisko w ściśle strzeżonym ośrodku dla psychicznie chorych przestępców.


Przed przeczytaniem tej książki nie powiedziałabym, że piękno gór może mieścić w sobie tak wiele niepokoju, a ogromne przestrzenie szybciej przywołają duszności, niż pozwolą na mocne odetchnięcie pełną piersią. Choć akcja powieści Miniera toczy się w bezkresnych górskich krajobrazach, to więcej ma w sobie z małego pokoju bez okien niż z rozległych dolin i urokliwych szlaków.  Na tym właśnie polega magia, a może nawet największa zaleta tej pozycji. Autor jednak nie stosuje zabiegu "malowania słowem", długie opisy są raczej rzadkością. Wszystko pozostaje gdzieś pomiędzy słowami, między zasypanymi drogami, mroźnym powietrzem a kapryśną pogodą. Rozległe przestrzenie kontrastowane są poprzez zestawienie ze szczelnie zamkniętym i pilnowanym budynkiem, jakim jest Instytut Wargniera, w którym znajdują się wybrańcy – jedni z groźniejszych psychopatów z całej Europy. Biel ścian, w których z dnia na dzień żyją mordercy i pracownicy przemieszana została z bielą śniegu gęsto osiadającego na każdym najmniejszym skrawku miasta Saint Martin. I to właśnie ta chorobliwa, nienaturalna biel jest najlepszym nośnikiem mrocznej, dusznej atmosfery w powieści.


Oczywiście prawdziwie dobry kryminał byłby niczym, gdyby opierał się wyłącznie na niepokojącym klimacie, a całkowicie pominął kwestie fabuły. Jednak i na tym polu zostałam bardzo mile zaskoczona przez autora. Nietypowe morderstwo już od samego początku piętrzy komplikacje, których z czasem tylko przybywa. Lista podejrzanych jest mętna, a technicy ze wszystkim się grzebią. Brak punktu zaczepienia jest o wiele większym utrudnieniem niż media, multimiliarder czy morderca, który w każdej chwili może znowu uderzyć. Do tego wszystkiego dołączyć trzeba strach, który paraliżuje, nie pozwala spać i zmraża całe ciało włącznie z kośćmi. Nic oryginalnego, prawda? Ale przecież nie o oryginalność tutaj chodzi, a o intrygę, która jest całkiem smakowita, a przede wszystkim wciągająca. Minier z ogromną łatwością chwyta czytelnika i ciągnie go w swoją misternie ułożoną grę. W jaki sposób? Poprzez logikę. Tak, właśnie tego brakuje w większości książek kryminalnych – logiki. W Bielszym odcieniu śmierci jedno wynika z drugiego, wszystko łączy się pięknie jak puzzle. Jednak powieść Miniera można przyrównać do puzzli tylko wtedy, gdy mowa będzie o puzzlach z co najmniej pięcioma tysiącami elementów, które przedstawiają zaśnieżone górskie szczyty – przecież prowadzone przez Servaza śledztwo nie dotyczy kradzieży słoików, a morderstwa, które co i rusz nastręcza komendantowi trudności. Minier postanowił bowiem skonstruować intrygę, w której główny bohater (a przy okazji również czytelnicy) będzie musiał myśleć, żywo dedukować, popełniać błędy, by wreszcie dojść do sukcesu. Autor nie poszedł na łatwiznę tak, jak robi to ogrom pisarzy – tworząc mierną fabułę i robiąc z głównego bohatera głupka, który nie potrafi poprawnie wyciągać wniosków. Francuz postawił na intelekt i zawiłość, co wyszło mu celująco. I chociaż w pewnym momencie sami domyślamy się, kto jest czarnym charakterem tego kryminału, to nie przestajemy śledzić z zainteresowaniem, a nawet podnieceniem kolejnych poczynań komendanta Servaza. Jest to niewątpliwa zaleta tej powieści – stałe trzymanie w napięciu. Nie dzieje się to jednak za sprawą zwrotów akcji, których w książce również nie zabraknie, ale głównie poprzez logicznie umotywowane działania bohatera i dedukcję, którą przeprowadzamy razem z nim.


Należy powiedzieć kilka słów także o minusie tej pozycji - nie jest on jednak tak duży, by zakłócał przyjemność jaką niesie ze sobą czytanie. Chociaż Minier spisał się na medal na płaszczyźnie fabuły, to kreacje postaci pozostawiają co nieco do życzenia. Rzecz tyczy się przede wszystkim głównego bohatera, który, pomimo zarysowania jego fobii i lęków, ściśle wiążących się z technologią i rozbrykaną młodzieżą, wypada jednak dość blado na tle tak rozłożystej i finezyjnej fabuły. Konsekwencją jest przede wszystkim to, że czytelnik nie od razu polubi pana komisarza, rzucającego łacińskimi cytatami na prawo i lewo. Potrzeba przebrnąć przez większą część książki, aby wreszcie przyzwyczaić się do Martina Servaza, który pomimo tego, że rzadko się uśmiecha, jest raczej sympatycznym facetem.


Poprzez powieść Miniera bardzo wyraźnie widać, że jest to człowiek oczytany, lubujący się w literaturze. Częste cytowanie, lub wspominanie utworów literackich zgrabnie łączy się z fabułą i dodaje jej pewnej delikatności, która świetnie wpływa na odbiór powieści. Da się również zauważyć jakim wpływom uległ autor – czerpanie z Milczenia owiec Thomasa Harrisa będzie wyraźne dla każdego, kto zna ten klasyk.


Bielszy odcień śmierci to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto uważa się za fana gatunku. Świetna fabuła, mroczna atmosfera i dobry warsztat – szkoda byłoby nie przeczytać takiej powieści. Ja w każdym razie na pewno nie żałuję.


Moja ocena: 8/10
 
Autor: Bernard Minier
Tytuł: Bielszy odcień śmierci
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 512
Gatunek: kryminał, sensacja



 

Stosik 3, czyli jak uwielbiam zakupy na Znak.com.pl

Poprzedni stosik nie został jeszcze przeczytany, a tu pojawia się wielka chętka na następny. A to za sprawą magicznej promocji na Znak.com.pl. -70% - kto by się temu oparł? Chyba tylko jakiś szaleniec. Do mojego pięknego, znakowego stosiku, doszło także kilka książek od wydawnictw, więc przez najbliższy czas nie będę narzekać na brak zajęcia.

A oto moje cudeńka (od lewej):
Dzieci gniewu Paul Grossman (SQN) - kto by pomyślał, że kryminał  z międzywojennym Berlinem w tle może okazać się tak dobrą zabawą? Ja na pewno nie, bo ostatnio los nie zsyła mi nawet przyzwoitych kryminałów.
Recenzję książki możecie przeczytać ---> Tutaj

<Intryga małżeńska Jeffrey Eugenides - być może kojarzycie tego autora dzięki powieści Przekleństwa niewinności (przeniesiona na wielki ekran przez Sofię Coppolę). Ta książka mnie zachwyciła, dlatego postanowiłam sięgnąć po kolejne dzieło pana Eugenidesa. 

Czy jest ktoś, kto cię kocha? Kalin Terzijski - egzemplarz recenzencki od wydawnictwa Książkowe Klimaty. Niesamowity, brutalny i przejmujący zbiór opowiadań, wyróżniony Europejską Nagrodą Literacką. Recenzja niebawem.

Szubienicznik i Szubienicznik. Falsum et verum Jacek Piekara. Ten zestaw dwóch książek kupiony został z myślą o moim Lubym - ja nawet nie lubię Piekary. Na znak tego, jak bardzo go nie lubię, zdjęcie zostało opatrzone crittersem.

Pamiętnik z mrówkoszczelnej kasety Mark Helprin - powiedzcie mi, czy mogłabym nie kupić książki o takim tytule? Jak widać - nie. Książka Helprina zapowiada się niesamowicie, zwariowanie i pomysłowo, a taką literaturę tygryski lubią najbardziej.

Sunset Park Paul Auster - moja największa radość w całym książkowym stosiku. Autor oczarował mnie Nocą wyroczni i od tamtej pory poluję na niego, by trochę lepiej poznać twórczość tego amerykańskiego pisarza. 

Dodatkowo do listy papierowych książek, doszły trzy e-booki:
Regulamin tłocznik win John Irving (wydawnictwo Prószyński i S-ka) - cudowna powieść o poszukiwaniu własnego ja, trudnych wyborach moralnych i umiejętności pogodzenia się z przeznaczeniem. Recenzja niebawem.

Złodziejka Sarah Waters (wydawnictwo Prószyński i S-ka) - wznowienie epickiej powieści brytyjskiej autorki. Co by było, gdyby Dickens był kobietą? Pewnie pisałby jak Sarah Waters. 

Gombrowicz - loading. Esej o formie życia  Grzegorz Jankowicz (wydawnictwo Książkowe Klimaty). Esej o Kronosie Gombrowicza i, przede wszystkim, tytułowej formie życia. Recenzję możecie przeczytać ---> Tutaj

Ach, nie ma nic lepszego od stosu nowych książek. No chyba, że czytanie ich ;)

wtorek, 25 sierpnia 2015

"Dzieci gniewu" Paul Grossman - recenzja



Rzeźnik z Berlina


Ostatnimi czasy mam spory problem z cudownym gatunkiem, jakim jest kryminał – coraz bardziej brakuje mi zaufania do nowych autorów, przez co zupełnie odechciewa mi się szukać ciekawych powieści z dreszczykiem. Każda kolejna książka z tego gatunku jest albo fatalnie napisana, albo fabularnie banalna, albo całkowicie pozbawiona wyrazistych bohaterów. Kiedy Wydawnictwo Sine Qua Non zamieściło w swoich zapowiedziach powieść Paula Grossmana, postanowiłam dać jej szansę – w akcie ostatecznej desperacji.




Willi Kraus, berliński funkcjonariusz Kripo, odnajduje w jednym z miejskich kanałów jutowy worek, w którym ktoś umieścił nienaturalnie czyste kości i Biblię z zakreślonym cytatem. Kości okazują się dziecięce, a dokładniej – chłopięce. Choć Willi nie może przestać myśleć o tej zbrodni, sprawa zostaje mu odebrana na rzecz zdolnego, przystojnego i nie-żydowskiego detektywa. Kraus zaś zostaje oddelegowany do dużo mniej nobilitującego dochodzenia. Musi zająć się zatrutymi kiełbaskami, które wywołują panikę w całym mieście.



Grossman serwuje nam kawał naprawdę dobrego kryminału z międzywojennym Berlinem w tle. Spisuje się jednak dobrze zarówno w kwestii samej intrygi jak i naświetlenia nam sytuacji Niemiec lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. To, czego obawiałam się najbardziej, okazuje się największym plusem Dzieci gniewu. Ale od początku...



Autor powoli wprowadza nas w sprawę, która najbardziej interesuje Williego Krausa, zaczynając od kiełbaskowej zarazy. Oczywiście dość łatwo można domyślić się jaką drogą pójdzie Grossman. Pomimo tej przewidywalności (nie aż tak bolesnej w świetle całej powieści), intryga prezentuje się naprawdę nieźle dzięki swojej wielowątkowości, ale przede wszystkim dzięki rzetelnej pracy głównego bohatera. Już dawno nie spotkałam się z powieścią kryminalną, w której sprawa trwa długie miesiące, a śledczy zamiast przypadkowo trafiać na ślady, godzinami wypatruje podejrzanego, obserwuje i analizuje zachowania jego i otoczenia. Znajdą się tu też szczęśliwe trafy – detektywi zwykle są dziećmi szczęścia – jednak nie są aż tak nagminne i rażące, jak w wielu innych powieściach i, co najważniejsze, nie wnoszą do powieści atmosfery nic nierobienia, wszechobecnego lenistwa, które rozkłada wielu śledczych. Kraus jest aktywnym policjantem, wychodzi z domu rano i wraca późnym wieczorem, ukrywając przed żoną swoje prywatne poszukiwania straszliwego Dzieciożercy.



A poszukiwania są to nie byle jakie, bo wśród brudnych zaułków Berlina, gdzie dzieci handlują swoją niewinnością za marne grosze, a ludzie sprzedają wszystko, co tylko udało im się zdobyć. Jednak Kraus odwiedza nie tylko te nieciekawe uliczki, ale także przybytek rozkoszy i świątynie w jednym, a także, co najważniejsze, rzeźnię, która staje się najważniejszym miejscem całego kryminału. Autor nie szczędzi nam barwnych opisów, zarówno tych związanych z samymi morderstwami, jak i z zarzynaniem zwierząt.
Krowy wchodziły całymi tuzinami, potem je ogłuszano, podwieszano i mogły dołączyć do reszty na taśmociągu. Mężczyźni w wysokich skórzanych butach szybkimi ruchami srebrzystych ostrzy podcinali im gardła. Skąpani w posoce ledwo mieli czas dokończyć jedno cięcie, gdy pojawiało się kolejne zwierzę. 

Dlatego wegetarianie!, odradzam Wam ten kryminał. 




Dzieci gniewu to także świetnie wkomponowane tło historyczne. Autor pozwala nam nie tylko na przespacerowanie się uliczkami międzywojennego Berlina, ale także wejście w sam środek przemian politycznych i kulturowych. Szalejący kryzys, szerząca się beznadzieja i lęk o przyszłość – to wszystko wyziera z powieści Grossmana, choć nie w sposób nachalny. Udaje mu się bardzo naturalnie wpleść problemy polityczne i gospodarcze Niemiec tamtego okresu w dobrą kryminalną intrygę. Dzięki temu nie wydaje nam się, że ktoś próbuje uczyć nas historii, ani że wybrał tamten okres, by było ciekawiej, choć akcja równie dobrze mogłaby rozgrywać się dzisiaj. Wszystkie te elementy świetnie ze sobą współgrają.



Żeby jednak nie było tak słodko, trzeba włożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Ową łyżką jest niestety główny bohater, który, chociaż jest dobrym śledczym, jest też zupełnie nijaki i niewyróżniający się pośród innych detektywów powieści kryminalnych. Willi jest dobrym ojcem, dobrym mężem, podwładnym, który potrafi zagryźć zęby, kiedy ktoś mu dokucza, weteranem wojennym, wspominającym od czasu do czasu wspomnienia z frontu, ale, broń boże!, nie chwalący się nimi. Ot, grzeczny chłopiec, pozbawiony znaków szczególnych bohater, o którym można łatwo zapomnieć.



Pomimo tego niewielkiego mankamentu, Dzieci gniewu czytało mi się nad wyraz dobrze. To niezły kryminał (choć od pewnego momentu dość przewidywalny), który na pewno dostarczy Wam rozrywki na poziomie przez kilka wieczorów.


Moja ocena: 7/10
 
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu:



Autor: Paul Grossman

Tytuł: Dzieci gniewu

Data wydania: 15.07.2015

Liczba stron: 368

Wydawnictwo: SQN

Gatunek: kryminał, retro

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

"Ksenocyd" Orson Scott Card - recenzja

24 sierpnia 1951 roku urodził się Orson Scott Card - amerykański pisarz science fiction, zdobywca prestiżowych nagród Hugo i Nebula. Swoją popularność zyskał dzięki powieści Gra Endera, która została zekranizowana w 2013 roku. Z okazji jego 64 urodzin, zapraszam za zapoznanie się z recenzją jednej z powieści Carda, wchodzącej w skład cyklu o Enderze. 



Varelse, czy Rameni?




Ender Wiggin, znany również jako Ender Ksenobójca, zestarzał się. Niezwykle utalentowane dziecko, które przed wiekami zniszczyło całą rasę nieprzyjaznych ludziom robali, teraz stało się mężczyzną w średnim wieku, z żoną, przybranymi dziećmi i wieloma innymi problemami. Zneutralizowanie descolady – morderczej choroby, która trawi organizmy obywateli Milagre, powstrzymanie Floty Lusitańskiej uzbrojonej w System Destrukcji Molekularnej i uratowanie Jane – przyjaciółki Endera żyjącej w sieci komputerowej wszystkich światów, to tylko wierzchołek góry lodowej.




W tej części Sagi Endera poznajemy również świat Drogi, który zamieszkuje garstka ludzi bliższych bogom niż normalni śmiertelnicy. Jednak tylko oni wiedzą, jak ciężko jest słyszeć głos bogów, którzy żądają wiecznego oczyszczania.

Orson Scott Card nie tylko stworzył z nicości świat, w którym żyje Andrew Wiggin, ale również powołał do życia nawet najmniej ważną dla fabuły postać. Każda z osób opisywanych przez Carda została obdarzona uczuciami, które są nam tak dobrze znane – miłością, radością, gniewem, zazdrością, żalem. W każdą z nich autor tchnął duszę. Dzięki temu czujemy i rozumiemy miłość Endera, smutek Mira, czy rozwścieczenie Grega. Card sprawił, że postaci te mogłyby wystąpić z papierowych ram książki i stać się ludźmi z krwi i kości, jak każdy z nas. Pragniemy, by troskliwa i mądra Valentine pomogła nam w chwilach smutku i z całego serca wierzymy, że słowa, które ją tworzą, mają moc sprawczą. Że ktoś opisany w ten sposób nie może być tylko fantazją jednego człowieka.

A jednak właśnie to jest rzeczywiste – zapisane słowa nie tworzą ludzi, prosiaczków, robali, światów. I to właśnie uderza nas najbardziej, gdy ostatni wyraz dojdzie do naszej rozgorączkowanej świadomości. Myśl, że zostaliśmy oszukani. Lecz po chwili zdajemy sobie sprawę z naszej własnej naiwności. Daliśmy się nabrać szarlatańskim sztuczkom. Ktoś powiedział nam, że mamy lizaka, którego zapragnęliśmy jak niczego wcześniej nawet nie mając go w dłoni. Na domiar złego ten ktoś odebrał nam naszego cennego lizaka. Tego już za wiele. Jednak po chwili zastanowienia chcemy więcej. Nikt wcześniej nie dał nam czegoś, czego moglibyśmy pragnąc tak bardzo. Brniemy więc w kolejną opowieść, dajemy sobie wcisnąć do ręki kolejnego lizaka. 

I jak tu nie chylić czoła przed kunsztem pisarskim pana Carda? Oszukał nas, zdenerwował, a my i tak podążamy prosto w każdą pułapkę, którą na nas zastawił. Warto więc zaryzykować stwierdzenie, że pragniemy być oszukani. Chcemy, by nasze umysły przechodziły ze stanu euforii w najczarniejszą rozpacz, gdy tylko naszych przyjaciół spotka problem, który wydaje nam się nie do przejścia. Chcemy cieszyć się z nimi każdym sukcesem, każdym wzlotem i upadać, gdy tylko oni upadną. Nawet, jeśli wszystko to jest tylko iluzją świata wymarzonego. Bo przecież właśnie w tym sęk –  świat, w którym żyje Ender, jego rodzina, pequeninos, Jane, wydaje się być bardziej pociągający niż nasza szara egzystencja tutaj, na Ziemi. Pragniemy, by nasze życie było tak samo podniecające jak ich. By w te najzwyklejsze dni wkradała się cała gama najsilniejszych emocji. Chcemy żyć jak bohaterowie.

Nie do końca jednak zdajemy sobie sprawę jakich bohaterów nakreśla nam Card na kartach swojej książki. Widzimy niekończące się przeciwności, przygody i niesamowite sytuacje. Ale przyjrzyjmy się uważniej postaciom, które przedstawił nam autor. Ender, którego znamy z dwóch poprzednich części teraz jest już stary i nie chce borykać się z trudnościami, które bez pytania ustały mu na drodze. Jest mężem, ojczymem i przede wszystkim chce szczęścia dla swoich najbliższych. Nie jest to podróżujący Ender – Mówca Umarłych, który odszukuje sekrety zmarłych, by wygłosić je ich bliskim. Teraz jest Andrew Wigginem, człowiekiem, który walczy z przeciwnościami, by zaznać spokoju. Dziecko, które kiedyś zostało zmuszone do tego, by wieść życie osamotnionego żołnierza, teraz chce tylko spokojnego życia u boku swojej rodziny.

W” Ksenocydzie” Ender jest nam bliższy niż kiedykolwiek wcześniej. Autor pokazał nam z jakich powodów ustabilizowany człowiek zostaje bohaterem – aby chronić swoich bliskich. Card z łatwością igra z naszymi uczuciami pokazując nam ludzi zwykłych, którzy przez sytuację zmuszeni są stać się bohaterami.

Jednak świat stworzony przez Carda nie został „zasiedlony” jedynie przez dobrych, prawych ludzi. Autor wykreował człowieka realistycznego, nieomal rzeczywistego, który ma w sobie i dobro, i zło. Wystarczy jeden silny bodziec, aby człowiek z założenia dobry ukazał swoje okrutne oblicze. Wprowadzając do świata Endera obce rasy, Card bez problemu manipuluje naszymi myślami i każe nam zadawać sobie pytania: Co oznacza dobro dla obcych? Skąd możemy mieć pewność, że naprawdę ich rozumiemy? Czy coś daje nam prawo do użycia siły wobec nich?

„Ksenocyd” jest powieścią skoncentrowaną wokół tematu obcości oraz zniszczenia. Filozoficzne wręcz dysputy przeprowadzane przez bohaterów powieści oscylują wokół „Hierarchii Obcości” zaprezentowanej przez Demostenesa – Valentine. Kto jest Ramenem, kto Varelse? Z kim mamy szanse na porozumienie, a kogo należy zniszczyć dla dobra rasy ludzkiej?

Autor bardzo zręcznie operuje pytaniami. Prowokuje do ciągłego myślenia. Bo przecież powieści, które tworzy Card, nie można podczepić pod zwykłe sci – fi. Wymaga on od nas zbyt wiele zastanawiania się nad człowieczeństwem, naturą ludzką, pędem do bezsensownej przemocy, ksenofobii. Ale przede wszystkim prawie wskazuje nam palcem – to wy, ludzie, jesteście Varelse, obcą rasą, z którą nie można porozumieć się inaczej niż siłą. To człowieka nie da się zrozumieć, zmienić, przekonać, gdyż jest on istotą głupią i zapatrzoną w swoje racje. Card jednak nie krytykuje całej ludzkiej rasy, jedynie głupców, którzy nigdy nie nauczą się pokory. „Od wszystkich mądrych ludzi obroń nas, Panie” – ironiczne słowa wypowiedziane przez Valentine najlepiej ukazują istotę przekazu zawartego w powieści. Głupi człowiek jest najgorszym z grona ludzi – zdaje się mówić autor. Zło nie bierze się znikąd, bierze się od nieomylnych głupców. Jednak człowiek, który potrafi naprawić szkody spowodowane głupotą jest tym najbardziej wartościowym.

„Ksenocyd” swoją niesamowitość chowa w normalności bohaterów, prawdach przekazywanych tak wyraźnie, że aż odbiera nam dech w piersi, w grze którą prowadzi z nami autor dając nam naszego lizaka, ale nie mówiąc, że zaraz zostanie on nam odebrany. Rozkochujemy się powoli w jego wizji świata, w subtelności i pięknie słów. W myśli, którą skrupulatnie zasiewa w naszych głowach. W myśli, że nasz świat wcale nie różni się od świata fantastyki, wojen kosmicznych, robali, pequeninos. Jest tak samo piękny, ale równie niebezpieczny. A człowiek jest w tym świecie najgorszym obcym. „Jak im się to udaje, tym ludziom... zawsze rozpoczynają tak niewinnie, a kończą mając najwięcej krwi na rękach.”

Autor: Orson Scott Card
Tytuł: Ksenocyd
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 488
Gatunek: fantastyka, sci-fi