niedziela, 12 listopada 2017

Okiem na film "Mother!" (2017)





 Twórca, Natura i inne klisze


Na Mother! szłam pełna nadziei, spychając w tył głowy wszystkie doniesienia o gwizdach na festiwalu w Wenecji i niesamowicie skrajnych opiniach – od zachwytów po przyklejanie łatek najgorszego filmu wszech czasów. Z kina wyszłam rozgoryczona.




Ona i On (Jennifer Lawrence i Javier Bardem) – to wokół nich kręci się najnowszy film Aronofsky’ego, zaczynający się sielankowo, niczym obrazek z rajskiego ogrodu. Małżeństwo żyje w pięknym, dużym domu, który Ona przywróciła do życia po wielkim pożarze. On zaś, wielki twórca, Poeta, próbuje stworzyć utwór, który dorówna jego poprzedniemu dziełu. Na razie jest jednak bezpłodny, sfrustrowany własną niemocą. Aż do czasu, gdy w domu pojawiają się nieznajomi: najpierw mężczyzna, później kobieta, jego żona. Home invasion? Nic z tych rzeczy. To tylko pierwsza z wielu niespodzianek, które zakłócą życie w raju.



Czy już domyśliliście się, o co w tym wszystkim chodzi? Nie? Spokojnie, Aronofsky postara się, byście nie musieli zbytnio się napracować. „To nie jest film dla ludzi wątpliwej inteligencji” – przeczytałam na forum Filmwebu i zadumałam się. Bo mam zdanie zgoła odmienne. Płaszczyk, pod którym reżyser przedstawił swoją symboliczną opowieść, jest bowiem zbyt cienki, by skłonić widza do myślenia. Bezpośredniość Mother! jest jej największą (choć niestety nie jedyną) wadą. O ile początkowo możemy liczyć na różnorodne interpretacje motywu twórcy, ciężaru życia z artystą czy nawet opowieści o małżeństwie w patriarchalnym społeczeństwie, szybko zostajemy wyprowadzeni z błędu. Aronofsky – który podczas konferencji prasowej zdradził „ biblijny klucz” do interpretacji Mother! – faszeruje swój film symboliką tak łatwą do odkodowania, że staje się ona wręcz śmieszna. Przede wszystkim jest jednak na tyle nachalna, że uniemożliwia nam podążenie inną drogą, niż ta, którą wybrał dla nas twórca. A to stanowczo kłóci się z wizją filmu-przypowieści, który powinien zastanawiać, lecz nie wyjaśniać. 



Jak jednak wspomniałam, Mother! ma również inne wady, jakie można by wybaczyć początkującemu twórcy, lecz nie doświadczonemu reżyserowi, który zdążył już wypracować swój styl. Scenariusz (ponoć napisany w pięć dni), to nie tylko zlepek prostych, biblijnych tropów, ale przede wszystkim nierealistycznych dialogów, przez które żaden z aktorów nie był w stanie wypaść w swojej roli przekonująco. Aronofsky nie poświęcił swoim bohaterom nawet minimum uwagi, tworząc kartonowe postaci, snujące się po planie i wypowiadające mało przekonujące kwestie. Lawrence najpierw wzdycha i sapie, a my – dzięki ciągłym zbliżeniom – widzimy jej zatroskaną i przerażoną twarz. Zatroskanie i strach nie mijają, choć Lawrence do swojego repertuaru dokłada najpierw cichy sprzeciw, później całą gamę krzyków. Javier Bardem prawie nie istnieje. Przyklejony uśmiech, parę groźnych spojrzeń, podniesiony ton. Najbardziej przekonująco wypadają tu aktorzy drugoplanowi, Harris i Pfeiffer, choć i oni są jedynie tłem, mającym za zadanie stworzenie napięcia, pewnego rodzaju grozy. Za tak skąpym wykreowaniem postaci mogła iść chęć reżysera do nakreślenia archetypów, nie zaś ludzi z krwi i kości. Jak możecie się jednak domyślić, zadanie nie zostało wykonane, bo ani nie jesteśmy w stanie odczuć więzi z bohaterami, która umożliwiłaby nam zrozumienie ich zachowań, ani nie postrzegamy ich jako istot-symboli. Aronofsky utknął gdzieś w połowie drogi i wypadł nie tyle nieprzekonująco, co po prostu niechlujnie. 



Już to wystarczy, by Mother! uznać za dzieło nieudane. Prosta symbolika, obrzydliwie moralizatorski styl i fatalnie nakreślone postaci byłyby do przełknięcia (z trudem, oczywiście), gdyby nie ostateczny przekaz utworu, który okazał się pozbawiony refleksji nad tym, co pierwotnie zdawało się interesować Aronofsky’ego. Postępująca dehumanizacja, rozszarpywanie zębiskami Matki Ziemi, brak poszanowania dla domu, w którym jesteśmy tylko gośćmi – ta problematyka przewija się przez cały film, nie niesie jednak żadnego sensownego rozwiązania, prowadzi do niepokojącej konkluzji. Mother! jest radykalna w swojej wymowie, choć spodziewałam się radykalności skierowanej raczej w człowieka, nie zaś w stwórcę. Czyżby zatem Aronofsky za błędy ludzkości obarczał boga, który pozwolił nam splamić się grzechem pierworodnym? O ile w Noem (niestety jeszcze bardziej nieudanym filmie), reżyser zastanawia się nad fanatyzmem i szaleństwem proroków ślepo podążających za bogiem, tak w Mother! idzie o krok dalej i szaleństwa szuka w samym stwórcy – zafiksowanym na punkcie własnej genialności, pragnącym jedynie tworzyć, bez zastanowienia nad konsekwencją własnych czynów. To ciekawe spojrzenie na boga, które jednak nie pozostawia nam żadnego pola do dyskusji z wizją reżysera. Po raz kolejny Aronofsky zamyka się przed swoim widzem. Najpierw nie pozwala mu dokonać własnej interpretacji, później zaś uniemożliwia mu rozmowę na temat tej wizji. Bo i właściwie nie ma o czym rozmawiać – tak jak Saturn ze smakiem połykał swoje dzieci, tak ego Aronofsky’ego postanowiło pożreć Mother!. A my mogliśmy podziwiać ten akt z wątpliwą przyjemnością.



Moja ocena: 3/10

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony imdb.com