poniedziałek, 20 lipca 2015

"To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormac McCarthy - recenzja



20 lipca 1933 roku urodził się Cormac McCarthy - amerykański pisarz, scenarzysta i dramaturg, autor takich powieści jak Dziecię boże i Droga. McCarthy uznawany jest za jednego z czterech najważniejszych współczesnych pisarzy. W dniu jego 82 urodzin zapraszam do zapoznania się z recenzją jednej z najbardziej znanych powieści tego autora :)

Światełko w mroku


Przygodę z McCarthym rozpoczęłam od powieści Dziecię boże, która wstrząsnęła mną dogłębnie. Od tamtej pory dozuję sobie prozę tego utalentowanego, amerykańskiego pisarza, bo wiem, że każde jego dzieło wymaga długiego czasu trawienia. Jednak w momencie, w którym zobaczyłam wznowienie jednej z jego najbardziej osławionych powieści, nie byłam w stanie się na nią nie skusić. Bo choć McCarthy jest autorem wymagającym i boleśnie doświadczającym każdego swojego czytelnika, ma w sobie coś hipnotycznego, co nie pozwala o nim zapomnieć.




To nie jest kraj dla starych ludzi jest przedostatnią powieścią autora. Opowiada ona historię Llewelyna Mossa, myśliwego, który znajduje na pustkowiu dwa miliony, heroinę i kilka trupów. Nie myśląc zbyt wiele, Moss zabiera pieniądze, które mogą stać się dla niego i jego młodej żony kluczem do spokojnej egzystencji. Jednak McCarthy nie pisze o ludziach, do których uśmiecha się szczęście. W jego powieściach los jest kapryśnym bogiem, który kpi z naiwnego człowieka wierzącego w pomyślność fortuny. Tak jest i tym razem – za Mossem podąża bowiem niebezpieczny morderca, który nie pragnie pieniędzy. Chce jedynie wypełnić swój obowiązek.



Mam ogromny problem z powieściami Cormaca – pożeram je szybko i łapczywie, po czym dostaję niestrawności. Twardy styl, którym autor opisuje ludzkie rozterki będące jedynie ziarenkiem piasku, nieraz przyprawił mnie o niemal fizyczny ból. Proza McCarthy’ego nie należy do łatwych i przyjemnych, nie skupia się na ładnych historiach z happy endem. Zamiast tego wyciąga wszystko to, co człowiek pragnie ukryć – lęk, ból ale przede wszystkim grzech. McCarthy funduje swoim czytelnikom podróż do czyśćca, w którym dusze pogrążone w ciemności starają się dotrzeć do świetlistego punktu, nawet jeśli jest on tylko iluzją. Z To nie jest kraj dla starych ludzi było odrobinę inaczej, choć Cormac nie zawiódł moich oczekiwań.



Powieść McCarthy’ego nie jest jednowymiarowa, choć pewne tematy wysuwają się na pierwszy plan. Głównym motywem To nie jest kraj dla starych ludzi jest walka dobra ze złem. Ten biblijny topos znalazł swoją realizację w powieści umieszczonej na skraju opowiastki filozoficznej i prozy sensacyjnej. McCarthy sprytnie wykorzystał szaty powieści popularnej, kryminału, w którym mamy morderstwo, poszukiwanie winnego i zwroty akcji. Jest też jeden biedak, który wplątał się w cały ten bajzel i trudno mu się z niego wydostać. Czyż nie brzmi to jak fabuła typowego kryminału, w którym nieskalany stróż prawa ściga zdeprawowanego przestępcę? W świecie Cromaca nic nie jest tak proste jak w zwykłym kryminale, w którym zło zostaje pokonane a dobro triumfuje. Pozostaje jednak cień nadziei.



Tą nadzieją jest postać Eda Toma Bella – szeryfa, starającego się z dnia na dzień wykonywać swoje obowiązki. Tak mało i jednocześnie tak wiele. Bell jest poczciwym mężczyzną, który swoim zachowaniem przypomina współczesnego Don Kichota. Jego tragizm polega jednak na tym, iż zdaje on sobie sprawę z czekających go niepowodzeń, ze zmian, które cały czas zachodzą w społeczeństwie i działają na jego niekorzyść. Pomimo to, Bell każdego dnia stara się czynić dobro, pamiętać o honorze i złożonych obietnicach, o swoim codziennym życiu. To właśnie w tej codzienności pragnie funkcjonować tak, by nikomu nie czynić krzywdy, by być sprawiedliwym. Choć zdawać by się mogło, że są to tylko górnolotne, pięknie brzmiące słowa, Bell wprowadzał je w życie na swój własny, prostolinijny sposób. Czy jednak możemy spodziewać się triumfu tego prostego, dobrego człowieka? Cóż, nie bez powodu McCarthy nazwał swoją powieść To nie jest kraj dla starych ludzi.



Antagonistą Bella jest Anton Chigurh – morderca, który nie zawaha się przed pociągnięciem za spust. Jego życiem nie rządzą przyjmowane przez większość społeczeństwa prawa moralności, choć swoich ofiar nie zabija bez przyczyny, dla zabawy czy pieniędzy. Chigurh jest ręką przeznaczenia, wykonawcą woli siły wyższej. Boga? Być może, choć nie ma o nim mowy. Dla Chigurha bogiem jest los, wyrzucona w górę moneta, która z sobie tylko znanych powodów upada na stronie orła bądź reszki.



To nie jest kraj dla starych ludzi, tak jak wiele innych powieści McCarthy’ego, ukazuje małość człowieka i kruchość jego życia, które znaczy mniej niż pył na wietrze. Jednak tym razem autor dał swoim czytelnikom mały punkt zaczepienia – dobroć przejawiającą się w życiu prostego człowieka. Mały promyk światła, który może oświetlić choćby fragment czyśćca. 


Moja ocena: 8/10
 
Autor: Cormac McCarthy

Tytuł: To nie jest kraj dla starych ludzi

Premiera: styczeń 2014

Wydawnictwo: Literackie

Liczba stron: 324

Gatunek: literatura współczesna

piątek, 17 lipca 2015

"Odłamki" Ismet Prcić - recenzja



Życie w kawałkach




Debiut Ismeta Prcicia właściwie trudno przypisać do jakiejkolwiek kategorii. Czy to autobiografia? Dziennik? Opowiadania? Wszystko po trochu i jeszcze coś na dokładkę. Ten literacki miszmasz zapewne niejednemu poważnie namiesza w głowie, bo Prcić z niesamowitą gracją i szczyptą szaleństwa pisze o losach nastolatka w państwie opanowanym przez wojnę. Nastolatka, który chce pić, czytać i umawiać się z dziewczynami. Jednocześnie jest to zapis z emigracji człowieka, który ledwie wkroczył w dorosłość i niezupełnie radzi sobie zarówno z teraźniejszością jak i przeszłością.




Opowieści Prcicia, wyjątki z jego dziennika, przetykane są pełną brutalności i zezwierzęcenia historią Mustafy Nalicia – młodego żołnierza, próbującego odnaleźć się w wojennej rzeczywistości. Życie Mustafy niebezpiecznie przeplata się z życiem Ismeta, a niektóre ich doświadczenia są do siebie łudząco podobne.



Odłamki są utworem (postaram się omijać słowa powieść i autobiografia, choć oba zdają się być bardzo na miejscu) niesamowicie silnie osadzonym w zupełnie nie znanej nam rzeczywistości. Rzeczywistości, w której w nocy wychodzisz ze swojego mieszkania i kierujesz się do piwnicy, trzęsąc się jak w gorączce, bo może tym razem pocisk trafi właśnie w ten budynek. W której ludzie starają się żyć normalnie, pracować i uczyć się, choć z ich oczu wyziera przerażenie, ich twarze są nienaturalnie szare a ciała wychudzone. W rzeczywistości wojennej, jednocześnie przyjmowanej i nieprzyjmowanej do wiadomości.

- Wojna będzie.(...)

Ojciec zaśmiał się, żując wędzoną wołowinę, i powiedział, że to tylko takie gadanie, że ludzie nie są aż tak głupi(...)

Ale nic nie było dobrze.

Ludzie naprawdę okazali się „aż tak głupi”.



W debiucie Prcicia jest coś z niedowierzania, z wiecznie rozszerzonych ze zdziwienia oczu. Jak to możliwe, by emigrant, któremu udało się uciec, przeżyć, odczuwał każdym skrawkiem ciała, każdą komórką swojego mózgu, wyniszczające skutki wojny? Ismet nie radzi sobie na emigracji – zapija się, ćpa i rozkłada samego siebie na kawałki, choć nie ma możliwości poskładać się na nowo. Jest skrzywdzony i samotny, bo nikt do końca nie rozumie, ile bomb dziennie wybucha w jego umyśle. On sam również tego nie rozumie. Czuje jednak, że krok w krok chodzi za nim jakiś cień, od którego nie jest w stanie się uwolnić.



Odłamki nie są pamiętnikiem emigranta. Nie są zapiskami wojennymi. To wynik terapii nie do końca zrównoważonego człowieka, próbującego poradzić sobie z natłokiem myśli. To chaos. „Wszyscy jesteśmy bohaterami naszego bajeru – tak to ujął. – Nie przejmuj się tym, co prawdziwe, a co nie, bo zwariujesz. Po prostu pisz. Pisz o wszystkim”. Prcić zastosował się do rady lekarze (prawdziwego lub też nie) i pisze o każdej rzeczy, która zaprząta jego głowę – o kryzysie w małżeństwie jego rodziców, pierwszej miłości, wyjeździe do Edynburga, piciu, próbach samobójczych matki. Nierzadko jednak sam autor daje nam znać, że jego wspomnienia nie są do końca prawdziwe, że coś zostało w nich zmienione, dodane lub odjęte. Prcić nie ogranicza swojej wybujałej wyobraźni, pisze o wszystkim. A my doskonale wiemy, że to wcale nie świadczy o nieprawdziwości opisywanych wydarzeń. Że w jakichś zakamarkach jego umysłu to rzeczywiście się działo.



Debiut Prcicia posiada niesamowitą moc. Wciąga i wzrusza, a bardzo często także bawi. Autor ma w sobie coś z gawędziarza, można to odczuć zwłaszcza w początkowej fazie Odłamków. Potrafi opowiadać nie tylko o wojnie, ale przede wszystkim o człowieku stojącym w jej obliczu. O trudzie jaki trzeba włożyć w pogodzenie się z tym, że nie można o niej zapomnieć. 


Moja ocena: 7/10
 
Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu



Autor: Ismet Prcić

Tytuł: Odłamki

Data wydania: 18.03.2015

Wydawnictwo: SQN

Liczba stron: 432

środa, 15 lipca 2015

Stosik 2, czyli lipcowe szaleństwo

Chociaż ostatnio zarzekałam się, że robię sobie odwyk od kupowania książek, bo lista do przeczytania rośnie, a czasu nie przybywa, ostatnie promocje doprowadziły mnie do stanu porównywalnego z odstawieniem heroiny. I mimo że mówiłam sobie (jak każdy nałogowiec), że mogę przestać w każdej chwili, moje zakupy trochę się rozrosły. Ale niczego nie żałuję!

Promocje dopadły mnie w Empiku i stamtąd wszystkie moje śliczne zakupy (stosik po prawej). Dodatkową niespodziankę sprawiły mi wydawnictwo SQN i Świat Książki (stosik po lewej). 

A oto, co zakupiłam i dostałam:

Dżozef Jakub Małecki - już pierwsze zdanie z opisu wydawcy sprawiło, że musiałam kupić tę książkę: "Dżozef" Jakuba Małeckiego to intrygujące połączenie realizmu magicznego z powieścią dresiarską. Czy można było jej nie zapragnąć? 


Kwietniowa czarownica
Majgull Axelsson - o tej szwedzkiej pisarce jak na razie tylko słyszałam. Teraz zaś przyszedł czas, by na własnej skórze przekonać się o tym czy wszystkie pochlebne opinie były tylko recenzenckim bajaniem, czy efektem rzeczywistego zachwytu.


Szczęśliwa ziemia Łukasz Orbitowski - tego pana znam już dobrze. Jego powieści niejednokrotnie rozbrajały mnie i przerażały, a bogaty język zachęcał do sięgnięcia po kolejne książki.

Metoda wodna John Irving - jeden z autorów, którego cały czas poznaję z niesłabnącym zainteresowaniem. Zobaczymy czy Metoda wodna dorówna Regulaminowi tłoczni win, czy W jednej osobie.


 Życie jest opowieścią Gabriel García Márquez - tego pana chyba nikomu nie muszę przedstawiać. Jeden z wybitnych twórców realizmu magicznego, laureat Nagrody Nobla. Jego autobiografię po prostu muszę mieć w domu.
 



Queen. Królewska historia Mark Blake - autor, który ma na koncie biografię jednego z najwspanialszych zespołów na świecie (Prędzej świnie zaczną latać. Prawdziwa historia Pink Floyd) teraz zabiera się za prawdziwą legendę. Obowiązkowe dla każdego fana zespołu.


 

Odłamki Ismet Prcić - debiut dramaturga i reżysera bośniackiego pochodzenia, przedziwna "autobiografia" człowieka, który stara się uciec przed wojną trawiącą jego kraj. Książka już prawie przeczytana a recenzja - niebawem.



Za Queen. Królewską historię i Odłamki serdecznie dziękuję wydawnictwu SQN.


Księga gramatyki intymnej Dawid Grosman - prezent od Świata Książki otrzymany dzięki portalowi Oblicza Kultury. Nie spodziewałam się, że uda mi się zobaczyć tę książkę, a tu niespodzianka. Teraz na półce czeka nie jedna, a dwie powieści Grosmana. Cieszę się niesamowicie.



A teraz... czas zabrać się za czytanie :D

poniedziałek, 13 lipca 2015

"Obfite piersi, pełne biodra" Mo Yan - recenzja



Narkotyczne właściwości kobiecych piersi


Laureat literackiej nagrody Nobla, pisarz, który z halucynacyjnym realizmem łączy opowieści ludowe, historię i współczesność, Mo Yan – ten, który nie mówi, człowiek zamykający w słowie rzeczywistość prawdziwą i zmyśloną, straszną i pożądaną, roztaczającą niesamowite piękno i jeszcze większą ohydę. Jego utwory nie dostarczają rozrywki. Niejednokrotnie są męczące, odpychające i brutalne. Ale kocha się je szczerze i z oddaniem, nawet przez łzy, nawet z zaciśniętym gardłem.




Obfite piersi, pełne biodra to najgłośniejsza z  powieści Mo Yana. Jednym z jej bohaterów jest Shangguan Jintong – dziewiąte dziecko rodziny Shangguan, długo wyczekiwany syn, dziedzic zapowiadający powodzenie i wieczne szczęście. Jintong jest także narratorem powieści, naszymi oczami i uszami, przewodnikiem po Dalanie, niewielkiej wsi w Północno-Wschodnim Gaomi. To on zaznajamia nas z dziejami rodu Shangguan, będącego świadkiem przemian politycznych i kulturowych, cierpiącego niewyobrażalny głód by potem cieszyć się dostatkiem, który nigdy nie trwa długo. Dalan przemienia się na naszych oczach, a w tle pobrzmiewają okrzyki bojowe, zagrzewające do walki z wrogiem. Jednak rodzina Shangguan wie, że zawsze znajdzie się wróg, z którym trzeba walczyć, zawsze znajdzie się ktoś, kto na tym skorzysta, a ona będzie musiała przetrwać, nie ważne co się stanie i jaki będzie tego koszt.



O Mo Yanie mówi się, że jest chińskim Garcia Márquezem i ja podpisuję się pod tym rękoma i nogami. Opowieść o rodzinie Shangguan już w pierwszej chwili skojarzyła mi się z niesamowitymi historiami, jakie kolumbijski pisarz snuł w Stu latach samotności. Powieść Mo Yana obfituje w wydarzenia z pogranicza jawy i snu, będące czymś zwyczajnym dla mieszkańców prowincjonalnej wsi, którzy przez pokolenia podsycali w sobie wiarę w zabobony. Jak się jednak okazuje, wierzenia prostego ludu nierzadko mają przełożenie na rzeczywistość. I może nie znajdziemy w powieści chińskiego autora kobiety-dziecka, która wstępuje do nieba na prześcieradłach, ale nie zabraknie tu boskich sygnałów, niewielkich i wielkich cudów oraz silnych wierzeń w demony i Nieśmiertelnych, przekładających się na dzieje rodziny, która na własnej skórze doświadcza magii Chin.



Historia snuta przez Mo Yana jest opowieścią o sile obsesji. Jest ona swojego rodzaju piętnem odciśniętym na członkach rodu Shangguan. Początkowo obserwujemy ją u najstarszych sióstr Jintonga, dziewczyn, które poznają smak pierwszej, zakazanej miłości, skalanej chorobliwym wręcz pragnieniem bliskości ukochanego. Owa miłosna choroba najpiękniej ukazana została na przykładzie Trzeciej Siostry, Shangguan Lingdi. Kobieta zakochana w Hanie Ptaszku załamuje się w momencie, w którym zostaje on porwany i osadzony w obozie pracy. Staje się Ptasią Nieśmiertelną, istotą bardziej boską niż ludzką, która spokojnie czeka na swojego wybranka. Historia nie oszczędza kobiet z rodziny Shangguan – silnych i zdecydowanych jednostek, które próbują odnaleźć się w ciągle zmieniającej się rzeczywistości, pozostając przy tym w zgodzie z własnymi przekonaniami.



Kobiety w powieści Mo Yana są stworzeniami o niemal nadludzkiej sile. Tłamszone i deptane, wykorzystywane, gwałcone i bite, upokarzane przez obcych i rodzinę, stoją nadal z podniesioną głową, dumne i gotowe na więcej ciosów. Autor zadaje kłam powszechnej w Chinach opinii, jakoby kobiety były tylko bezużytecznymi gałązkami, podległymi mężczyźnie. Już od pierwszych stron zauważamy, jaka zależność występuje pomiędzy przedstawicielami obu płci. To kobieta, choć znieważana i popychana, ma prawdziwą moc by przetrwać w czasach niestabilnych i niebezpiecznych. Mężczyzna może jedynie przyssać się do kobiecej piersi, ukazując swoją prawdziwą twarz – przestraszonego oseska, niezdolnego do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Takim słabeuszem jest właśnie Jintong, chłopiec hołubiony i rozpieszczany przez wzgląd na swoją płeć. Jego postać najdosadniej ukazuje, jak silna potrafi być obsesja, kształtująca się w umyśle od najmłodszych lat. Jintong ma obsesję na punkcie tytułowych obfitych piersi, a także mleka, które jest jego jedynym pokarmem przez wiele lat. Mo Yan ukazuje w ten sposób nie tylko silną relację matki i dziecka, ale również bardziej symboliczną więź pomiędzy kobietą, która za mężczyznę jest w stanie przelać własną krew, którą ten z chęcią chłepcze wprost z jej piersi.



Ta dość pokaźna objętościowo powieść jest barwnie napisaną historią Chin, wnikliwym studium obsesji, pochwałą kobiecej siły i manifestem ludzkiej dobroci i podłości jednocześnie. Niepozbawiona naturalistycznych opisów może zniechęcić tych bardziej wrażliwych, którzy jednak rozsmakują się w pełnych umiłowania dla tradycji anegdotach, ludzkich dramatach i chwilach szczęśliwych, opisanych z wprawą godną prawdziwego mistrza pióra. Obfite piersi, pełne biodra to powieść tak pełna i tak olśniewająca, jak kształty kobiet z rodziny Shangguan.


Moja ocena: 8/10
 

Autor: Mo Yan

Tytuł: Obfite piersi, pełne biodra

Wydawnictwo: W.A.B.

Data wydania: 14.11.2012

Liczba stron: 640

Gatunek: powieść współczesna, realizm magiczny

piątek, 10 lipca 2015

"Trumna" Arno Strobel - recenzja



Gdy rozum śpi, budzą się demony


Nie należę do ludzi strachliwych, jednak jedna myśl przeraża mnie niezmiennie od lat, wywołując gęsią skórkę nawet w najcieplejszy dzień.                Najczarniejszy z możliwych scenariuszów, koszmar, którego nie życzę nawet najzacieklejszemu wrogowi. Obudzić się w trumnie. Żyć. Nie móc się wydostać.                




Eva Rossbach budzi się w trumnie, a ogarniający ją lęk staje się silniejszy od podpowiedzi rozsądku, że nie może to być prawdą. Szamocze się, krzyczy i drapie, jednak wieko nie chce się podnieść. W pewnym momencie ogarnia ją jasność – Eva budzi się w swoim łóżku, zdyszana i obolała. Czy trumna była tylko snem? Skąd więc obrażenia na jej ciele?



W tym samym czasie policja z Kolonii odnajduje zwłoki kobiety, która została pogrzebana żywcem. Ofierze zaklejono usta i oczy a także związano w sposób, który uniemożliwił jej zdjęcie taśmy. Kobietą okazuje się przyrodnia siostra Evy.



Kiedy tylko dowiedziałam się, o czym będzie powieść Strobela, rzuciłam się na nią bez wahania. Uwielbiam thrillery, a każda książka, która ma szansę chociaż trochę mnie przestraszyć lub wywołać szybsze bicie serca, jest automatycznie przesuwana na początek czytelniczej kolejki. Pierwsze strony Trumny okazały się naprawdę mocne. Klaustrofobiczny klimat, brak nadziei  na wydostanie się z zamkniętej przestrzeni, paniczny lęk, który może nigdy się nie skończyć. Po chwili czytania poczułam, że podświadomie wstrzymuję oddech. Pomyślałam wtedy, że jeśli cała powieść będzie tak napisana, to uduszę się zanim ją skończę. Jak widać – żyję. A to już o czymś świadczy.



Akcja Trumny toczy się kilkutorowo, choć najczęściej śledzimy wydarzenia z punktu widzenia Evy i komisarza Bernda Menkhoffa, którego możecie znać z poprzednich powieści Strobela. Pan komisarz, który próbuje poradzić sobie z rozwodem oraz swoim wybuchowym temperamentem, powoli dochodzi do wniosku, że rodzina Rossbachów nie należy do normalnych. Odszukiwanie kolejnych rodzinnych tajemnic i niesnasek pomiędzy jej członkami, wychodzi powieści na plus. Dzięki temu akcja nie spieszy na łeb na szyję, jak w powieści sensacyjnej, lecz daje czytelnikowi chwilę na zastanowienie się nad ewentualnymi motywami. Menkhoff wraz ze swoją partnerką Juttą Reithöfer metodycznie otwierają kolejne drzwi, za którymi czai się zazdrość, zdrada, rządza pieniądza i jeszcze jedna, najstraszniejsza tajemnica rodzinna, o której wiedzieli wszyscy, lecz postanowili milczeć.



Choć to Menkhoff jest główną gwiazdą powieści, nie on, lecz ofiara – Eva – jest najciekawiej skrojoną postacią. Delikatna i introwertyczna, z własnej woli odseparowana od społeczeństwa, lękająca się wszystkiego i wszystkich. Momentami denerwująca w swoim uporze, innym razem wzbudzająca autentyczną litość. W przeciwieństwie do postaci komisarza, Eva wywołuje w czytelniku emocje – nie zawsze pozytywne. Nie pozostaje jednak obojętna, a to już coś.



Niestety na tym plusy się kończą. Czas przejść do krytyki.



O ile postać Evy może zostać zapamiętana, tak sam Menkhoff jest po prostu nijaki – rozwodnik, choleryk, z traumą z przeszłości. Aż dziw, że nie alkoholik, jak większość bohaterów powieści kryminalnych. Niestety nawet w swojej nieoryginalności nie był zbyt przekonujący. Duża w tym wina nie tyle samej kreacji postaci, co nieudolnych dialogów, które doprowadzały mnie do szewskiej pasji podczas czytania. Menkhoff mówi językiem w żaden sposób nie przystającym do słownictwa cholerycznego policjanta a szczytem jego gburowatości jest nazwanie nielubianego kolegi z pracy „wypierdkiem”. Również prowadzenie przez niego śledztwa pozostawia dużo do życzenia. Polega ono głównie za zadawaniu pytań typu: „Co?”, „Jak to?”, na które odpowiedzią jest wyczerpujący opis wydarzeń – tak na wszelki wypadek, gdyby czytelnik był idiotą, który nie nadąża za tokiem rozumowania autora. Nie lubię, gdy pisarz robi ze mnie głupka, a pan Strobel właśnie to czynił przez większość swojej powieści (w ostatnim rozdziale dochodząc do autentycznego mistrzostwa w tłumaczeniu tego, co już jest wiadome). Stąd bardzo duży minus.



A na koniec kilka słów o samej tajemnicy. Autor starał się zmylić swojego czytelnika, wodził go za nos i pokazywał kolejne możliwości rozwiązania zagadki. Tym, którzy nie są obyci z literaturą (bądź filmami) z tego gatunku, zakończenie może wydawać się pomysłowe. Ci, którzy wiedzą co nieco na temat psychothrillerów, prawdopodobnie szybko odgadną, co kryje się za tajemniczymi morderstwami w Trumnie Arno Strobela.



Trumna to typowo wakacyjny thriller, który wciągniecie w przeciągu góra dwóch dni. Jednak czy po lekturze cokolwiek zostanie w Waszej pamięci? Tego nie mogę obiecać. 


Moja ocena: 3/10
 
Za możliwość przeczytania książki dziękuję:









Tytuł: Trumna

Autor: Arno Strobel

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Data wydania: 11.06.2015

Liczba stron: 432

Gatunek: thriller psychologiczny