niedziela, 25 września 2016

"Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Biskim Wschodzie" Mona Eltahawy - recenzja



 Piekło kobiet


Nie zdołam zliczyć, ile razy słyszałam, że temat równouprawnienia kobiet to tylko woda na młyn dla feministek, które nigdy nie będą zadowolone z tego, co mają. Że powinnyśmy cieszyć się, że nie żyjemy na Bliskim Wschodzie, gdzie kobieta musi znać swoje miejsce, gdzie nic jej nie wolno. Oczywiście takie głosy nie są jedynie domeną mężczyzn. Kobiety niejednokrotnie zdobywają się na całkowity brak zrozumienia dla tych, które postanowiły walczyć o swoje prawa. Czytając manifest Mony Eltahawy, jej oburzenie na bierność rządów, fanatyzm religijny i wpajaną z pokolenia na pokolenie mizoginię, myślałam o tych mądralach, którzy wysyłają nas do Egiptu czy Iraku, byśmy przekonały się, jak mamy tu dobrze. Oni też pogardzają, też nienawidzą – na małą lub większą skalę. I nie wykorzystują swojej wolności, by krzyczeć o niesprawiedliwości tam, gdzie prawo kobiet nie istnieje. Wolą pokazywać te kraje jako przestrogę dla nas, bo może tak szybciej nauczymy się moresu. A o Tunezyjkach czy Egipcjankach zapominają. Bo to przecież nie nasz problem.




Dlaczego ci mężczyźni nas nienawidzą? Ponieważ nas potrzebują, ponieważ się nas boją, ponieważ wiedzą, jak bardzo muszą się wysilić, aby utrzymać nas w ryzach, żeby każda z nas była grzeczną dziewczynką i strzegła swojej błony dziewiczej, dopóki nie przyjdzie pora, żeby ją wydymać i zrobić z niej matkę, która wychowa kolejne pokolenia mizoginów, aby patriarchat mógł trwać wiecznie.



To nie będzie recenzja. Nie mam zamiaru oceniać krzyku rozpaczy i gniewu, który ma skłonić kobiety do działania. Nie chcę rozpatrywać tej książki pod kątem literackim, bo przecież ten manifest napisany został z potrzeby wprowadzenia zmian w mentalności ludzkiej, nie zaś po to, by zachwycać czytelników i krytyków formą. To książka, którą musimy się przejąć, którą musimy zrozumieć, by pojąć ogrom okrucieństwa, głupoty i zacietrzewienia. Byśmy nie myśleli, że nas to nie dotyczy.



Taki pożar mógł wybuchnąć wszędzie: w płonącej szkole stratowano na śmierć piętnaście dziewczyn w wieku od trzynastu do siedemnastu lat, a pięćdziesiąt dwie odniosły obrażenia. (…) Budynek nie miał wyjść ewakuacyjnych, alarmów przeciwpożarowych, ani nawet gaśnic. (…) Strażacy powiedzieli saudyjskiej prasie, że funkcjonariusze policji moralności zmusili uczennice, aby zostały w płonącym budynku, ponieważ nie miały na sobie chust i abai, czyli strojów, które w tym królestwie kobiety muszą nosić w miejscach publicznych. Jedna z lokalnych gazet napisała, że policjanci moralności zatrzymali mężczyzn (w tym strażaków) usiłujących pomóc dziewczętom wydostać się z budynku. „To grzech zbliżać się do nich”, powiedzieli. (…)

Twoja chusta to ty. Jest warta więcej od ciebie.



Czy taką niesprawiedliwość można skomentować inaczej, niż wrzaskiem wściekłości?  Autorka ukazuje tych sytuacji znacznie więcej – od macanek podczas pielgrzymki do Mekki, przez przymusowe badania dziewictwa, będące tak naprawdę zakamuflowanym gwałtem, aż po usankcjonowane śluby z nieletnimi dziewczynkami, które w swoją noc poślubną niejednokrotnie skazane są na śmierć z powodu krwotoku wewnętrznego. Jednak Mona Elathawy, prócz słów wsparcia i oburzenia, słyszy także, że krytykuje swoją wiarę i demonizuje mężczyzn, że oczernia rodaków, którzy i tak są stygmatyzowani na Zachodzie, a ona, bezbożnica, dała omamić się amerykańskiemu porządkowi świata. Autorka tkwi między młotem a kowadłem, próbując skłonić kobiety do wywołania rewolucji seksualnej, jednocześnie nie dając rasistom całego świata pretekstu do piętnowania i nienawidzenia muzułmanów. Mówi więc nie tylko o niskim statusie kobiet w krajach bliskowschodnich, ale także o tym, że jej religia tego nie nakazuje, a wręcz przeciwnie – wzbrania się przed tym. Prorok nie uderzył przecież żadnej ze swoich żon, a osłaniał je tylko po to, by dać im odrobinę prywatności, nie zaś, by zakryć ich grzeszne ciała przed światem. Jednak to tylko interpretacje, które, według oświeconych islamistów, są błędne – Proszę nie słuchać tych, którzy próbują twierdzić, że hidżab nie jest obowiązkowy. Nie ma odmiennych interpretacji. Jest tylko jedna interpretacja i zgodnie z tą interpretacją jest pani naga – te słowa autorka słyszy od Najwyższego Przewodnika Braci Muzułmanów. Fanatyzm jest okropny w każdym wydaniu, nie istotne czy mowa o muzułmanach czy katolikach.



Dosłownie kilka dni temu rozmawiałam na temat muzułmanek z pewną panią, oczytaną i interesującą się innymi kulturami – początkowo dyskusja dotyczyła tylko literatury, jednak szybko usłyszałam, że przecież te kobiety cieszą się, że ojciec wybiera im mężów, że nie muszą pracować i mają dach nad głową. Zatkało mnie. Spodziewałam się zrozumienia, a okazało się, że niektórzy myślą o tych walczących kobietach, próbujących wygryźć sobie podstawowe prawa, jak prawo do wyjścia z domu bez opieki czy prowadzenia samochodu, jak o szkolonych pieskach, usłużnych i głupiutkich. Czym one różnią się od nas? Żyją w opresyjnym świecie, ale przecież coraz więcej z nich protestuje, coraz więcej ucieka z domu, łamie zakazy rodziców i skazuje się na ostracyzm. A my, wygodniccy i wszystkowiedzący sądzimy, że cieszy je bycie domowymi zwierzątkami czekającymi na odrobinę uwagi swojego pana? Zostawiam to do Waszej rozwagi. A do lektury odsyłam - nie tylko Panie.

Za możliwość przeczytania tego niesamowitego manifestu dziękuję
Autorka: Mona Eltahawy
Tytuł: Bunt. O potrzebie rewolucji seksualnej na Bliskim Wschodzie
Data wydania: 11.08.2016
Tłumaczenie: Michał Juszkiewicz
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 256

poniedziałek, 19 września 2016

"Moja ojczyzna była pestką jabłka. Rozmawia Angelika Klammer" Herta Müller - recenzja



 W matni

Widząc tę pozycję w zapowiedziach Wydawnictwa Czarnego wiedziałam, że będę musiała się z nią zapoznać. Wiedziałam też, że to odchoruję. Proza Herty Müller wymaga bowiem nie tylko uwagi, ale także empatii. W zamian za to zostawia czytelnika z permanentnym poczuciem strachu, który przenika każdy aspekt istnienia. Tym razem jednak noblistka nie konfrontuje nas z powieścią, lecz z życiorysem – swoim, przerażającym jak koszmar ciągnący się latami, jak zamknięcie w klatce, z której nie ma wyjścia, jak przymus ukrywania swojego ja najgłębiej, jak to tylko możliwe.




Herta Müller urodziła się i dorastała w rumuńskim Banacie. Jej ojciec był żołnierzem Waffen-SS, matka zaś została wywieziona do łagru na przymusowe roboty, gdzie spędziła pięć lat. Taka historia nie może nie odcisnąć piętna na człowieku, zostaje z nim do końca. Choć rodzice Müller uparcie milczeli na temat swojej przeszłości, pisarka ciągnie ich życie wraz ze swoim, gdziekolwiek się poruszy, gdziekolwiek się nie schowa. Do tego ciężaru dodała jednak także swój własny, który nosi nieprzerwanie, bo takiego strachu, takiego terroru nie da się zostawić za sobą.



Głównym problemem było to, że wszystko, co robiłam i myślałam, nie mieściło się w dozwolonych ramach, jak więc miałam komuś o tym powiedzieć? Byłam przekonana, że wszyscy przeżywają to co ja, że wszyscy wypchani są tajemnicami i wiejskim smutkiem, na który nic nie mogą poradzić, który wieś produkuje w głowach ludzi. Wszyscy mają w sercach jego pazury, zachowują to jednak dla siebie. Tak musiało być, każdy musiał wszystko zachować dla siebie.



Müller szczodrze i pięknie opowiada o swoim dzieciństwie, choć było ono pełne milczenia, surowości i smutku. Miało w sobie jednak magię, którą dziewczynka widziała na każdym kroku. I bała się jej. Wiedziała, że rośliny przemieszczają się w nocy, by później wrócić do swoich korzeni. Wiedziała, że ziemia pożera ludzi tak jak oni pożerają to, co daje im ziemia. Zwłaszcza w historii o dorastaniu, o życiu w Banacie, znajduje się wiele prostej poetyckości, która czaruje czytelnika, a jednocześnie ukazuje sposób myślenia nieprzeciętnego dziecka, odnajdującego pewne zależności niedostępne lub zapomniane przez dorosłych. Wiejskie życie okazuje się czystą prostotą: myślenia, działania i, przede wszystkim mówienia. Po przenosinach do miasta, ta surowość języka niemieckiego przeplatać się będzie z nowo poznanym językiem rumuńskim, wnoszącym zupełnie nowe znaczenia, brzmienia i rymy do świata autorki.



Nasuwały się porównania, rumuńskie słowa wędrowały do moich niemieckich. Cer znaczy po rumuńsku „niebo”, a cerere oznacza „podanie”. Rumuńskie podanie jest więc petycją do nieba, czyli na nic się nie przyda. Wciąż przychodziły mi do głowy takie myśli. Im bardziej były surrealne, tym celniej oddawały rzeczywistość. Gdy wzywali mnie na przesłuchanie, wypróbowywałam po drodze przeróżne rymy, na przykład: „Moja ojczyzna była pestką jabłka, między sierpem a gwiazdą czyha pułapka”. Gdy wzywano na przesłuchanie, wzywano mnie do ojczyzny. Rym wiedział, o co chodzi.



Słowo ma moc, by przeciwstawić się okrutnej rzeczywistości, by przetrwać propozycję pracy dla Securitate i wszelkie następstwa odmowy. Müller latami odpiera ataki, na które próbuje się przygotować wraz z przyjaciółmi – jak się później okazuje, w mieszkaniu, w którym zamontowano podsłuch. Pragnie zachować godność, prawo do posiadania tylko jednej twarzy, do pozostania szczerą względem siebie, bo przecież w reżymie nawet to próbuje się jej zabrać. Strach i samotność, wieczne oszczerstwa i ciągły brak pracy, przesłuchania zapowiedziane i te z „łapanki”, wieczne myślenie o tym, że śmierć może być tuż za drzwiami, może właśnie wysiada z windy i zmierza do mieszkania, by swingować jej samobójstwo – wszystko to, by zachować siebie, by nie dać się zmielić przez wielkie zębiska dyktatury.



Wszyscy reprezentanci reżymu, których poznałam, byli tacy sami, tego samego pokroju, ta sama mentalność. Wobec przełożonych bezwarunkowo służalczy, wobec tych, nad którymi mieli władzę, brutalni. Byli drobnomieszczańscy, prostaccy, pozbawieni skrupułów, cyniczni, humorzaści, zatrważająco niewykształceni. Nie musieli nic wiedzieć, nawet o komunizmie. Za to świetnie wiedzieli, jak czerpać korzyści ze swej pozycji.



Müller rozprawia się z rumuńskim komunizmem, krzyczy o tym, co inni pragną przemilczeć – że funkcjonariusze Securitate dochrapali się ciepłych posadek w wielkich firmach i nowych służbach, że mieli dostęp do akt, które wyczyścili, by nie został żaden konkretny trop, żaden ślad, mogący powiązać ich z masowymi zabójstwami. I, że nawet gdyby takowy ślad pozostał, nikt nie zażądałby sprawiedliwości. Milczenie, które towarzyszyło autorce od dzieciństwa, prześladuje ją nadal. Dlatego produkuje słowa – czy to w formie powieści, kolarzy czy rozmów, takich jak ta. Mówi o tym, co spotkało ją i wielu jej przyjaciół. O wycieńczeniu psychicznym, ciągłym maglowaniu i niezrozumieniu przez zachodni świat. A mówi i pisze tak, że trudno nie poczuć dłoni powoli zaciskającej się na sercu, palącej w przełyku goryczy, złości na głupotę i niesprawiedliwość, na okrucieństwo. Ale także wdzięczności – za te słowa niewygodnej prawdy. 

Moja ocena: 9/10

Za możliwość poznania lęków i mrocznej przeszłości Herty Müller dziękuję
Autorka: Herta Müller
Tytuł: Moja ojczyzna była pestką jabłka. Rozmawia Angelika Klammer.
Data wydania: 24.08.2016
Tłumaczenie: Katarzyna Leszczyńska
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 240