wtorek, 17 stycznia 2017

Zmowa milczenia - dlaczego nie krytykujemy znanych i lubianych?






Gdy przeglądałam recenzje na portalach literackich i blogach, zastanowiło mnie przede wszystkim to, dlaczego tak trudno przychodzi nam krytykowanie. Dlaczego ubieramy teksty i wypowiedzi w masę eufemizmów, które zakrywają nasze prawdziwe odczucia i to, jak w rzeczywistości postrzegamy tekst? Czyżbyśmy wstydzili się własnych myśli, a może boimy się wyjść na ignorantów?



Zanim przejdę do rzeczy muszę wyjaśnić jedno pojęcie, które ostatnimi czasy zostało znacznie zachwiane lub co najmniej rozmyte. Mówię o słowie ‘pisarz’. Nie mam oczywiście zamiaru rozwodzić się nad etymologią tego wyrazu, ale nad jego autentycznym znaczeniem i wagą. Bo, wbrew temu co dzieje się na współczesnej scenie literackiej, bycie prawdziwym pisarzem zobowiązuje do czegoś więcej niż znalezienie się na liście TOP 10 Empiku. Tak więc mówiąc o pisarzach, będę miała na myśli osoby, które słusznie doszły do swojej pozycji dzięki artystycznej wyobraźni i umiejętnościom literackim. Nie jest to jednak kategoria, która dotyczy konkretnego gatunku np. literatury pięknej. Najprościej rzecz ujmując – chodzi mi o autorów, którzy w opinii krytyków i ogółu czytelników pisać potrafią. Stanowczo odżegnuję się zatem od quasi-pisarzy, do których mogę zaliczyć wielu popularnych twórców, którzy z warsztatem literackim są raczej na bakier a ich artystyczne wyczucie jest płytkie jak kałuża w upalny dzień.



Wiedząc już kim pisarz jest, warto byłoby zadać sobie pytanie: Czemu aż tak nas onieśmiela? Mogę zaryzykować stwierdzenie, że boimy się krytykować w ogóle. Aby wytknąć błędy w rozumowaniu autora, wszelkie jego braki bądź cokolwiek, przez co odbieramy książkę inaczej niż zamierzał twórca, potrzeba wyczucia, spostrzegawczości, ale przede wszystkim tego rodzaju odwagi, który określana jest mianem ‘odwagi cywilnej’. O wiele łatwiej jest nam podpisać się pod tekstem, w którym rozpływamy się nad geniuszem autora i w samych superlatywach opisujemy zalety jego dzieła. Nie narażamy się wtedy, w naszym mniemaniu, na nieprzychylne spojrzenia ze strony czytelników oraz samego twórcy. Pamiętajmy jednak, że poruszamy się cały czas w obrębie pisarzy szanowanych. Wolimy więc oszukiwać odbiorców oraz samych siebie przedstawiając publicznie fałszywe sądy, niż dać wyraz naszym prawdziwym odczuciom. Jest to swoisty akt zacierania błędów, które popełnił autor krytykowanego dzieła. Recenzent, który nie jest w stanie uzewnętrznić swoich autentycznych przekonań, przyczynia się do budowania mylnego obrazu świadomości kulturowej danych czasów. Należy bowiem zdać sobie sprawę z faktu, iż krytyka jako sztuka daje pewne świadectwo przyszłym pokoleniom. Nie wybiegając jednak tak daleko – krytyka kształtuje przecież gusta odbiorców, pomaga im określić własne preferencje oraz zachęca do wyciągania z lektury odpowiednich wniosków. Czemu więc, pomimo całego ciężaru spoczywającego na barkach krytyka, decyduje się on na jawne kłamstwo?



Każdy z nas uczęszczał do szkoły, uczestniczył w zajęciach języka polskiego, które przynosiły jednemu większą a innemu mniejszą przyjemność. Każdy z nas miał pisarzy preferowanych i nielubianych. Nie sądzę jednak, aby znalazło się wielu, którzy starali się udowodnić swojemu poloniście, że Mickiewicz nie zasługuje na miano wieszcza, a Peiper wcale nie był genialnym poetą. Ten prosty przykład, który dotyczy każdego bez wyjątku, najdokładniej obrazuje problem, z jakim mierzą się wszyscy recenzenci.



Kiedy autor o którym piszemy wyrobił sobie już renomę, jest uznany i uważany za literacko sprawnego, wydaje książkę gorszą, a może nawet złą, krytyk jest zobowiązany do tego, aby to zauważyć i napisać o tym. Jak jest w praktyce? Jeśli nie kłamiemy, to staramy się załagodzić recenzję używając całej masy zwrotów odnoszących się do subiektywnego postrzegania literatury. Nie piszemy wprost, że dzieło jest złe, lecz że nie przypadło nam do gustu, ale na pewno znajdzie się wielu czytelników, którym spodoba się nowa powieść Xińskiego. Czasem krytyk ucieka się do jeszcze gorszych praktyk – odnosi się do innych dzieł autora i na ich podstawie buduje pozytywny obraz pisarza, pomijając jednak książkę najnowszą, która, jak już przyjęliśmy, jest niewypałem. Boimy się igrać z autorytetami, gdyż automatycznie stawiamy siebie na niższym szczeblu drabiny bytów. Jest to oczywiście zwykłą nieprawdą, gdyż ani recenzent bez autora, ani autor bez recenzenta nie będzie spełniony. Jedno pociąga za sobą drugie, dlatego pisarze tak bardzo zabiegają o jakiekolwiek recenzje.



Jednak problem nie tkwi wyłącznie w naszym własnym lęku przed wypowiadaniem zdania na temat znanych i lubianych. Peany na cześć autorów oraz recenzje nijakie, bo takimi właśnie są teksty, które w żaden sposób nie wykazują oceny i stosunku krytyka do danego dzieła, są również wynikiem polityki wydawnictw, gazet, portali i tym podobnych nośników. Przecież wydawnictwo nie zamieści recenzji niepochlebnej na temat wydanej przez nie książki. Wytykanie błędów, czyli pisanie szczere, zupełnie nie opłaca się krytykowi, gdyż nie będzie on mógł swobodnie rozwijać skrzydeł. Czyżby wszyscy i wszystko było przeciwko uczciwemu ocenianiu literatury?



Problem krytykowania znanych i lubianych, a może krytykowania w ogóle, jest problemem nie do rozwiązania. Nikt przecież nie będzie sprawdzał, czy recenzent rzeczywiście zachwycał się książką, czy tylko napisał pochwalną opinię, gdyż tego wymagał redaktor danego pisma czy portalu. Prawdziwość naszych własnych poglądów, które wygłaszamy i publikujemy świadczą tylko i wyłącznie o nas. Bo przecież krytyk jest takim krytykiem, jakim jest człowiekiem. 

Napisałam ten artykuł, z tego co pamiętam, w 2013 roku. Myślicie, że nadal jest aktualny? Czy może coś się w tej kwestii zmieniło? 

PS. Zastępczo używam terminu "krytyk" i "recenzent", chociaż wiem, że to nie to samo.

czwartek, 12 stycznia 2017

"Oryks i Derkacz" Margaret Atwood - recenzja


Zagrożony gatunek


Czy zachwyt i przerażenie mogą iść ze sobą w parze? Jak najbardziej, jeśli mówimy o utworach Margaret Atwood. Oryks i Derkacz, powieść wznowiona przez wydawnictwo Prószyński i S-ka, jest kolejnym po Opowieści podręcznej dziełem autorki, które pozbawiło mnie tchu.



„Adam nazywał wszystkie żywe zwierzęta, MaddAddam nazywa martwe. Chcesz zagrać?”

Kto by pomyślał, że homo sapiens będzie tak bliski wyginięcia? Yeti jest ostatnim przedstawicielem tego gatunku – brudny, osamotniony, głodny. Otaczają go Derkaczanie, piękni i idealni, przypominający ludzi, choć całkowicie obcy. Stworzeni na podobieństwo człowieka, pozbawieni potrzeby rywalizacji i niezdrowego popędu płciowego. Yeti znał mężczyznę, który ich sobie wyśnił. A teraz, gdy świat już prawie się skończył, nie może pogodzić się z jego śmiercią. Jego i ich ukochanej Oryks.

Atwood ukazuje nam świat po i przed zagładą, choć ten drugi widzimy jedynie dzięki reminiscencjom Yeti, jeszcze w czasach, w których nosił imię Jimmy. Przeplatają się one z rozmyślaniami o obecnej sytuacji bohatera, jego próbami zdobycia jedzenia czy spotkaniami z Derkaczanami. Sam Yeti zaś zdaje się być dużo silniej związany z przeszłością, niż teraźniejszością, choć to właśnie wspomnienia przynoszą mu najwięcej bólu i zmuszają go do ciągłego rozpamiętywania, zadawania pytań: Czy mogłem coś zmienić? Czy mogłem to powstrzymać?

Choć mogłoby się wydawać, że wizja kanadyjskiej autorki daleka jest od ziszczenia się, nie można zarzucić jej postawienia złej diagnozy. Atwood bezwzględnie wypunktowuje wszelkie niszczące zachowania człowieka, począwszy od genetycznie modyfikowanej żywności, a skończywszy na ingerowaniu w ludzkie DNA. Oczywiście w jej wizji wszystko to zostało zintensyfikowane, niejednokrotnie posunięte do granic absurdu, jak chociażby rytuał godowy Derkaczan. Nie zmienia to jednak faktu, że świat przedstawiony w Oryks i Derkaczu przeraża właśnie przez wzgląd na swoje prawdopodobieństwo i podobieństwo do tego, co obserwujemy we współczesnej nauce.

Mówiąc o Oryksie i Derkaczu nie sposób nie wspomnieć o sposobie pisania autorki, prostym choć skupionym na szczególe. To jednak tylko jedna strona tej powieści, ta bardziej oczywista. Atwood doskonale wie, że bez wyraźnej zmiany języka, bez stworzenia nowomowy, nie osiągnie tego, co w każdej antyutopii przeraża najbardziej – ingerencji w każdy, nawet najdrobniejszy aspekt życia jednostki. Mamy więc nowe wynalazki, jak świniony, istoty przypominające świnie, w których hoduje się ludzkie organy, czy kurczakiść, organizm kuropodobny, pozbawiony głowy lecz posiadający dwadzieścia grubych łapek, prawie gotowych do wrzucenia w panierkę i pochłonięcia przez głodny tłum. Autorka dokłada do tego kolejną cegiełkę, rozmyślnie dzieląc swoich bohaterów, ale i całe społeczeństwo na ludzi liczb, ludzi słów i ludzi obrazów. Pierwsza grupa, dominująca nad pozostałymi, to naukowcy, ludzie mający realny wpływ na rzeczywistość. Tacy byli rodzice Jimmy’ego, taki był też Derkacz. Jimmy zaś pozostał człowiekiem słów, zakochanym w starych wyrażeniach, które dawno wyszły już z użytku, bawiącym się językiem i jego właściwościami. Te wyrażenia, jak i sam Jimmy, były bezużyteczne – rację bytu ma jedyne propagandowe zastosowanie słowa. Dlatego też Jimmy, studiując retorykę stosowaną, skończył jako twórca haseł reklamowych, okłamujący społeczeństwo, a także siebie (gdy udało mu się napisać wystarczająco przekonujące kłamstwo). Jednak to właśnie on  jest najbardziej ludzką postacią w powieści, najbardziej emocjonalną, słabą, pozostającą dzięki temu cichym sumieniem w tym smutnym, zdegenerowanym świecie.

To tylko niewielki odsetek problemów poruszonych przez Atwood w Oryksie i Derkaczu. Powieść aż prosi się o napisanie kilkustronicowej analizy, która i tak nie oddałaby tego, co udało się osiągnąć autorce. Pozostaje tylko chwycić za książkę i wejść w ten niesamowity, przerażający postapokaliptyczny świat. Ja natomiast z niecierpliwością czekam na kolejne części trylogii MaddAddama.   

Moja ocena: 8/10

Za możliwość poznania ostatniego człowieka na ziemi dziękuję
 
Autorka: Margaret Atwood
Tytuł: Oryks i Derkacz
Data wydania: 12.01.2017 
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 424

niedziela, 8 stycznia 2017

"Czy miałaś kiedyś rodzinę" Bill Clegg - recenzja


 Oczyszczenie w płomieniach


Czy miałaś kiedyś rodzinę? – to pytanie, w zależności od kontekstu czy tonu głosu, można rozpatrywać wielorako. W powieści Clegga pojawia się ono niczym westchnięcie zmęczenia, świadczące o tym, że rodzina to same kłopoty, które znane są prawie każdemu. Jednak w świetle tragedii wszystko zmienia swoje znaczenie, nawet prosty gest, uśmiech lub jego brak, a także pytanie, po którym nie sposób nie zastanawiać się: czy miałam rodzinę? Prawdziwą rodzinę?




Ten ślub miał być dla June czymś więcej, niż tylko piękną ceremonią. Miał stanowić ostatni krok do pojednania z córką, Lolly, która od czasu rozwodu rodziców drastycznie odsunęła się od June. Wszystko mogło pójść nie tak – tort mógł być zbyt słodki, kwiaty niedostarczone na czas. Mogło dojść do pijackiej kłótni byłego męża i obecnego partnera. Jednak nikt nie spodziewał się wielkiego pożaru, który w przeddzień wesela pochłania wszystkich, którzy mieli dla June jakiekolwiek znaczenie. Co może zrobić zrozpaczona i oszołomiona kobieta? Uciec, uciec jak najdalej od miejsca, w którym jej życie nagle rozpadło się na kawałki. Jednak to coś więcej, niż historia jednej kobiety. To nie była jej prywatna tragedia.



Zanim zabrałam się za powieść Clegga widziałam tylko wiele znaczącą adnotację o nominacji Czy miałaś kiedyś rodzinę? do Nagrody Bookera i krótki blurb mówiący o kluczowym wydarzeniu fabuły.  Moje oczekiwania były odrobinę wywindowane, ale nie wydaje mi się, by w jakikolwiek sposób zaszkodziło to autorowi. Głównie przez wzgląd na opis wydawnictwa, które, zapewne świadomie, nakierowało czytelnika na tajemnicze zniknięcie bohaterki w dramatycznych okolicznościach. Można było więc spodziewać się wszystkiego – od genialnej powieści psychologicznej, przez melodramat, aż po kryminał z rysem obyczajowym. Prawda zwykle tkwi gdzieś pośrodku. Jak było w tym przypadku?



Utwór Clegga to wielogłos w sprawie tragicznego w skutkach pożaru, krzyk rozpaczy, cichy płacz, ale także kpiny i szepty, gorące ploteczki przekazywane pospiesznie, choć bez zawstydzenia. Fabuła Czy miałaś kiedyś rodzinę? rozgrywa się w małym miasteczku i ma to ogromne znaczenie dla rozwoju wydarzeń, a także przedstawienia mentalności bohaterów. Jest to jeden z ciekawszych punktów powieści, w którym autor z jednej strony ukazuje zawiść i długoletnie urazy, z drugiej zaś wyobcowanie i poczucie samotności w społeczności znającej się na wylot. Czy na pewno? Małe i wielkie tajemnice, grzeszki znane wszystkim i te chowane głęboko, półprawdy i przemilczenia, na których wzrastają niszczące plotki – to wszystko składa się na obraz niewielkiej społeczności, toksycznej i przerażająco stereotypowej, hołubiącej swoich pijaków i brutali i piętnującej wszystkich tych, którzy nie pasują do obrazka.



To, co w powieści Clegga może zachwycić, wyczuwane jest dopiero w momencie kulminacyjnym. Nie chodzi o rozwiązanie zagadki, lecz o swojego rodzaju odkupienie, którego wypatrywało się już od momentu lepszego poznania bohaterów. June i Lydia (matka młodego partnera June) są bohaterkami tragicznie doświadczonymi przez własne złe decyzje, błędy młodości, ale także niedopowiedzenia czy nieodpowiednie gesty i słowa, które, z biegiem czasu, okazywały się najsilniejszym czynnikiem wyniszczającym ich relacje z dziećmi. To właśnie miłość rodzicielska jest dla Clegga najistotniejszym uczuciem, silnym i nieśmiertelnym, choć co chwilę wystawianym na próby. Żadna z nich nie zdaje egzaminu z wychowania. Kobiety roztrząsają swoje błędy, biczują się nimi i pogrążają w coraz większej rozpaczy, spowodowanej nie tylko utratą dziecka, ale także niemożnością otrzymania rozgrzeszenia. Ten przygnębiający obraz można przyrównać do czyśćca, w którym nieszczęśliwe dusze czekają na wybaczenie. Jednak w tym przypadku wybaczenie musi przyjść z wewnątrz, nie z zewnątrz.



Nie obyło się jednak bez wpadek, błędów czy zwykłych dłużyzn, które, w ogólnym rozrachunku, odebrały Czy miałaś kiedyś rodzinę? to, czym powieść powinna wręcz spływać – emocje. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie uczuć do głównych, ani tym bardziej pobocznych bohaterów, nie odczuwałam smutku czy żalu. Odnoszę wrażenie, że jest to spowodowane między innymi sposobem prowadzenia postaci, z których błędami często trudno jest nam się utożsamiać. Ten dystans, świadome oddalenie od bohaterów i ich problemów niweczy cały zamysł autora, w którym czytelnik ma być nie tylko świadkiem, ale i uczestnikiem katharsis. Jednak główny mankament powieści tkwi w samym stylu autora, a może raczej w jego nieumiejętności do prowadzenia wielotorowej narracji. Postaci zdają się mówić tym samym głosem, pomimo ogromnych różnic, jakie ich dzielą. Cleggowi wyraźnie zabrakło pisarskiej sprawności, którą tłumaczyć możemy oczywiście jego brakiem doświadczenia. Niemniej jednak, gdy autor decyduje się na tak trudny zabieg, który ma spajać jego powieść, oczekuję od niego pełnego zaangażowania i konkretnego pomysłu – tego wyraźnie tu zabrakło, chociażby biorąc po uwagę fakt, iż niektóre rozdziały prowadzone są w pierwszej, inne zaś w trzeciej osobie. Brak konsekwencji poważnie zaszkodził autorowi, jednak liczę na to, że przy następnym spotkaniu wszelkie błędy zostaną bezlitośnie wyeliminowane. Clegg okazał się bowiem całkiem sprawnym pisarzem, ale przede wszystkim bystrym obserwatorem. Będę wypatrywać jego kolejnej powieści.  

Moja ocena: 6/10

Za możliwość poznania ciekawego, choć niepozbawionego błędów debiutu, dziękuję
 
Autor: Bill Clegg
Tytuł: Czy miałaś kiedyś rodzinę?
Data wydania: 30.09.2016
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 320