wtorek, 7 lutego 2017

"Spóźnione wyznania" John Boyne - recenzja




 Absolutysta


To moje kolejne spotkanie z autorem Chłopcaw pasiastej piżamie i kolejne wielkie zaskoczenie. Choć Boyne nadal śmiało korzysta z problematyki wojennej, tym razem jego powieść nakierowana jest nie na samo okrucieństwo wojny, lecz na postawę wobec niego, absurdalność machiny wojskowej i skrajne uczucia, które są w stanie zrodzić się w nawet najbardziej niesprzyjających okolicznościach.  




Tristan Sadler, młody mężczyzna, który przeżył koszmar I wojny światowej, postanawia złożyć wizytę siostrze swojego przyjaciela z frontu. Pretekstem do tego stają się listy do brata, które Tristan pragnie zwrócić nadawczyni. Jednak prawdziwą przyczyną przyjazdu do Norwich jest wstyd i ogromna potrzeba wyznania sekretu, który nie daje mu spokoju.



Boyne prowadzi akcję dwupłaszczyznowo – z jednej strony czytelnik poznaje wydarzenia roku 1919, z drugiej zaś wspomnienia Tristana z 1916. Dzięki temu wprowadzone zostaje pewnego rodzaju napięcie, rosnąca chęć zrozumienia kolei losów Tristana i jego przyjaciela Willa Bancrofta.  Poznajemy relację głównego bohatera, a przy tym narratora, który stara się przekazać załamanej po stracie brata kobiecie nie tylko prawdę o Willu, ale przede wszystkim o sobie. Rozpaczliwie pragnie zrozumienia i przebaczenia, a potrzeba ta przenika do nas z każdej karty powieści.



Powieść Boyne’a podejmuje wiele problemów ogólnoludzkich i, pomimo iż nie jest ona obszernym tomiszczem, autorowi udaje się potraktować każdy z nich w sposób pełny, skłaniający do pytań, świadczący o dbałości o szczegóły. Choć zdawać by się mogło, iż głównym problemem przedstawionym w Spóźnionych wyznaniach jest niewygodne uczucie, lub tragedia wojny, autor ukazuje nam bardziej ogólnofilozoficzny obraz ludzkich losów i ich decyzji. Dlatego też bardzo żałuję, iż wydawnictwo postanowiło zmienić oryginalny tytuł – The Absolutits. Kwestie moralne są bowiem ogromnie ważnym elementem powieści, wprowadzanym do głównego wątku za każdym razem, gdy mowa jest o wojnie, walce i bezkarnym zabijaniu drugiego człowieka. Poprzez ukazanie losów młodych ludzi, pragnących z jednej strony bronić swojego kraju, z drugiej zaś nie potrafiących do końca rozróżnić dobra od zła, Boyne skupia się na dramacie żołnierza, pozbawionego wolnej woli i możliwości wyboru. Nakierowuje nas nie tylko na okrucieństwo wojny, ale także na niesprawiedliwość samego systemu, pozbawiającego człowieka najwyższych zasad.



Spóźnione wyznania są także majstersztykiem, jeśli chodzi o kreację bohaterów, którzy uwikłani w tragiczne, bolesne relacje, skazani są na klęskę. Tristan, będący narratorem i bohaterem, jest najważniejszą postacią całej powieści, choć autor nie przedstawia go w sposób czarno-biały. Nie szczędzi bohaterowi krytycyzmu, ale także współczucia. Tristan jest postacią moralnie niesprecyzowaną. Stara się jedynie przypodobać nowemu przyjacielowi, którego postawa wobec życia i bliźniego jest niezachwiana. To bohater tragiczny, pragnący akceptacji i spełnienia, jednak zdający sobie sprawę z tego, iż nigdy nie będzie mu dane tego zaznać. Z czasem poznajemy jego mroczne sekrety, widzimy ciągłe szamotanie się nieszczęśliwego ducha poszukującego swojego miejsca na ziemi.



Jedynym minusem powieści Boyne’a mogą być dialogi, choć należy zdać sobie sprawę z tego, iż zarówno cała narracja jak i rozmowy między bohaterami stylizowane są na prozę dwudziestowieczną. Nie każdemu będą one odpowiadać, mnie momentami męczyły, choć starałam się wyłuskać z nich to, co najważniejsze. To niewielka skaza na tym pięknym dziele i nie wydaje mi się, by należało się nią przejmować.



Spóźnione wyznania Boyne’a to powieść zaskakująca, choć prawdopodobnie wielu z Was po przeczytaniu opisu z tyłu książki domyśliło się już co nieco na temat tajemnicy Tristana. Jednak, uwierzcie mi, to nie sama fabuła jest tu najważniejsza, lecz to, co się za nią kryje – odważne poruszenie niełatwych tematów, próba zrozumienia ludzkiej moralności i ukazanie niszczącej siły, która drzemie w każdym z nas.

Moja ocena: 7/10

Autor: John Boyne
Tytuł: Spóźnione wyznania
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data wydania: 3.03.2014
Liczba stron: 320

piątek, 3 lutego 2017

"Jak podróżować z łososiem" Umberto Eco - recenzja





Jak rozbawić gbura

Gdy we wszechwiedzącej wyszukiwarce, znanej większości społeczeństwa jako wujek Google, wpisujemy ‘jak podróżować z...’, dobry wujcio podpowiada nam, jak radzić sobie w podróży z dzieckiem czy zwierzętami, lecz jak podróżować z łososiem już nie wie. Tego i dużo, dużo więcej, dowiecie się tylko z wyboru felietonów Umberta Eco.




Czy zastanawialiście się kiedyś, jak odróżnić zwykły film od filmu pornograficznego? Wbrew pozorom to nie tak proste, jak mogłoby się wydawać. A może ciekawiło was, dlaczego pracownicy bibliotek,  zamiast pomagać żądnym wiedzy czytelnikom, utrudniają im życie na wszelkie możliwe sposoby? Jeśli tak – dobra wasza. Eco sumiennie (choć z przymrużeniem oka) wyjaśni wam wiele absurdów, z którymi człowiek współczesny musi się borykać. Jeśli nie – no cóż, po tej lekturze z pewnością zaczniecie inaczej patrzeć na świat.



Jak podróżować z łososiem to zbiór felietonów, z którego część znana jest już polskiemu czytelnikowi z Zapisków na pudełku od zapałek. Felietonów, co warto podkreślić, zaskakująco aktualnych pomimo upływu lat. Sytuacje opisywane przez Eco, począwszy od porady dotyczącej otrzymania duplikatu prawa jazdy, a skończywszy na ironicznej instrukcji nie-korzystania z telefonu, nadal bawią i, co ważniejsze, nadal skłaniają do zastanowienia. Chociażby nad kondycją misternie skonstruowanych hotelowych dzbanków do kawy, które stworzone zostały chyba tylko po to, by oblewać bogu ducha winnych gości, pragnących zjeść śniadanie w łóżku. Eco kpi prawie ze wszystkiego: z bibliotekarzy, snobów, fanów piłki nożnej, biurokratów, pseudointelektualistów, gadżeciarzy czy mało kreatywnych krytyków. Uderza w punkt, rozbawiając przy tym do łez (uwierzcie, sprawdziłam to na sobie). Wydawca jednak uczula nas na znaczącą zmianę, która pojawia się w późniejszych tekstach autora – i nie da się ukryć, że nawet mało spostrzegawczy czytelnik z łatwością ją zauważy. O ile we wcześniejszych felietonach króluje lekki ton, tak pod koniec tej krótkiej książeczki możemy spostrzec, że Eco z tekstów dowcipnych, choć błyskotliwych, przechodzi do tematów dużo poważniejszych, dotyczących kultury masowej, konsumpcjonizmu czy manipulowania wiadomościami w mediach. Nie brak w nich humoru, absurdalności i pewnego przymrużenia oka, jednak nietrudno popaść przy nich w zadumę nad kierunkiem, w jakim zmierza świat.



A teraz, zamiast wymądrzać się (do czego predyspozycji intelektualnych nie posiadam) lub zachęcać was dobrym słowem do sięgnięcia po zbiór felietonów Eco, przytoczę fragment mojego ulubionego tekstu napisanego, uwaga, uwaga, prawie trzydzieści lat temu. Nie zestarzał się jednak nawet o dzień.



Kiedy dzwonię do dentysty, aby umówić się na wizytę, a on mówi, że przez cały przyszły tydzień nie ma już czasu, wierzę mu. To poważny profesjonalista. Kiedy jednak ktoś zaprasza mnie na zjazd, na rozmowę przy okrągłym stole, proponuje, abym został redaktorem dzieła zbiorowego, napisał esej, uczestniczył w jury, a ja odpowiadam, że nie mam czasu, ta osoba mi nie wierzy. „Ależ, panie profesorze – mówi – człowiek taki jak pan z pewnością czas znajdzie”. Najwidoczniej my, humaniści, nie uchodzimy za poważnych profesjonalistów, jesteśmy obibokami.  



Moja ocena: 7/10

Za literacką podróż z Eco (i łososiem) dziękuję

Autor: Umberto Eco
Tytuł: Jak podróżować z łososiem
Data wydania: 19.01.2017
Tłumaczenie: Krzysztof Żaboklicki
Wydawnictwo: Noir sur Blanc
Liczba stron: 208

czwartek, 26 stycznia 2017

W duecie o książce #3. Europejczycy pod lupą: "Echo" Henry James


Czas na kolejną odsłonę cyklu W duecie o książce - tym razem na tapecie książka, co do której, po raz pierwszy, nie jesteśmy w stanie się zgodzić. Z Martą z bloga Leżę i czytam rozmawiam o Echu Henry'ego Jamesa.

Marta: Ponoć "Echo" Jamesa pozostawia czytelników w stanie niedosytu. Czytając tę mini-powieść (lub, jak chcą niektórzy, nowelę), nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to gotowy scenariusz dla teatralnej sztuki: powściągliwy, ale trafiający w sedno styl, świetnie nakreślone postaci oraz wiecznie żywe tematy - miłosne manewry, społeczna satyra, dyskusja o roli i swobodach prasy. Wszystko tu jest, a skoncentrowana forma, moim zdaniem, wcale nie zubaża treści. To sytuacyjna komedia z przesłaniem - gotowa, aby trafić na scenę!
Olga: Pozostawia, a ja jestem tego najlepszym przykładem, bo książkę, zamiast z poczuciem spełnienia i zadowolenia, odłożyłam ze wzruszeniem ramion, całkiem obojętnie. Wszystkiego było mi mało - paryskich intryg, miłosnych rozterek, nawet bohaterów, którzy doskonale wpasowani zostali w swoje role i nie opuścili gardy nawet na chwilę. Jedynie satyry było tyle, ile trzeba: wystarczająco, by się domyślić i uśmiechnąć w duchu, ale nie na tyle dużo, by poczuć przytłoczenie. Nie ukrywam jednak, że o teatralności "Echa" nie pomyślałam nawet przez chwilę, choć teraz wydaje mi się to oczywistością. One dwie i mężczyzn też dwóch, choć oczywiście obaj zainteresowani tą piękną, efemeryczną i głupiutką. No i jest jeszcze tatuś, który, swoją drogą, jest postacią zaskakująco pobłażliwą. Ewidentnie w tej rodzinie spodnie nosi Delia.
Marta: Tak, szyją tej trzyosobowej rodzinki jest Delia - to ona pragnie zamążpójścia siostry bardziej chyba, niż sama Francie! A pan Dosson i jego wycofanie? Zakochany w swoich córkach ojciec, który, zamiast zwiedzać Paryż, ogląda życie z perspektywy hotelowego dziedzińca, idealnie oddaje ducha prostolinijnego amerykańskiego społeczeństwa, skonfrontowanego z europejskim snobizmem.

"Echo", moim zdaniem, trafia w punkt - można by z tej niespełna 200-stronicowej mini-powieści uczynić rzecz gabarytowo podobną, powiedzmy, "Ambasadorom", ale nie sądzę, żeby odbyło się to z korzyścią dla książki.
Bardziej jednak niż jej objętość, fascynuje mnie mnogość zagadnień poruszonych w "Echu". I pytanie: co tutaj waży więcej? Romantyczne zakusy, krytyka towarzyskiej śmietanki Paryża, kwestia wolności druku i dziennikarskiej odpowiedzialności - aktualna do dziś? A może "Echo" jest powieścią o emancypacji? O wyzwalaniu się spod wpływu rodziny, dojrzewaniu? To, co staje się udziałem Gastona Proberta - walka o Francie wbrew woli rodziny - to jeden z najciekawszych aspektów tej powieści. I chyba najczęściej w rozmowach o książce pomijanych.
Olga: Relacja Delii i Francie wydaje mi się rzeczywiście ciekawa, choć zaskakująco szablonowa - starsza i rozgarnięta kieruje losami młodej i naiwnej. Co zaskakujące - o manipulacjach Pana Flacka myśli się chętnie i co najmniej krytycznie. Działania Delii zaś zdają się dużo mniej szkodliwe, choć jej obsesja wejścia do świata francuskiej socjety dorównuje manii Flacka do zdobycia ręki (bądź zainteresowania) Francie.
Cieszy mnie, że wspominasz o Gastonie Probercie, to chyba moja ulubiona postać, choć awansował na to miejsce z samej końcówki listy. Nie odniosłaś wrażenia, że tylko Probert - utrzymanek, przerażony myślą o samodzielnym życiu - jest bohaterem, który rzeczywiście ewoluował? Jako jedyny zmienia diametralnie swoje życie, pozostawiając za sobą wygodne, ale i pętające go więzi rodzinne. Gdybym miała więc udzielić odpowiedzi na Twoje pytanie, za temat ważący najwięcej uznałabym właśnie to burzliwe wkroczenie w dorosłość. Choć, to trzeba Jamesowi przyznać, umiejętnie rozkłada akcenty.
Marta: Umiejętnie rozkłada akcenty i po raz kolejny bawi się ulubionymi literackimi motywami -
Źródło
zderzenie amerykańskiej i europejskiej kultury, satyra na arystokrację, miłość... A Probert budzi sympatię z powodu, o którym wspomniałaś - bo zmienia się, ewoluuje. Porzuca wygodną rolę "dziecka swoich czasów", które utrzymuje się ze spadku po bliskich oraz wypłacanej przez ojca pensji. Czytelnik jest skłonny wierzyć w szlachetne pobudki jego uczucia do Francie, w odróżnieniu od motywacji reportera "Echa", Georga Flacka. Ten skłonny jest obsmarować rodzinkę konkurenta (napuszoną i snobistyczną, fakt) w "towarzyskiej gazecie" - wszystko po to, żeby zdobyć rękę dziewczyny!

Ale najciekawsze jest to, że - po raz pierwszy chyba? - mamy rozbieżne opinie o książce. "Echo" uważam, między innymi, za dobry wstęp do poznawania twórczości Jamesa. Ciebie książka pozostawiła niewzruszoną. A może dostrzegasz jakieś plusy?
Olga: Rzeczywiście, taka sytuacja nie miała jeszcze miejsca. Po raz pierwszy nie rozpływamy się wspólnie nad powieścią i autorem, choć daleka jestem od zawyrokowania, że "Echo" jest książką złą. Co więcej, uważam, że jest dobra, choć czuję po niej spory niedosyt i istotnie pozostawiła mnie niewzruszoną. A nie tego od literatury oczekuję. Zawiodłam się przede wszystkim na owym braku zmian, o którym już wspomniałam - zwłaszcza jeśli chodzi o postać Francie. Oczekiwałam przemiany z dziecka w kobietę, jednak Francie pozostała tam samo naiwna i, o dziwo, nietknięta przez życie jak na początku powieści. Wychodzi więc na to, że niepoprawni optymiści mają w życiu łatwiej. A ja chyba nie przepadam za optymistami.
Nie da się jednak nie zauważyć plusów: prześmiewczego ukazania francuskiej śmietanki towarzyskiej czy prasy brukowej, lekkiego i niezobowiązującego stylu Jamesa, który nie zwiastuje mnogości i powagi tematów, czy chociażby dialogów, które rozpisane zostały wręcz fantastycznie. Nie ukrywam również, że po Twojej teorii dotyczącej teatralności "Echa" trochę łagodniej patrzę na dzieło Jamesa.
Marta: Ależ Francie jest, wbrew pozorom, równie ciekawą postacią! I pełną sprzeczności - uwielbia książki, zostawia wszędzie zaczytane egzemplarze, a jednocześnie pozostaje rozbrajająco naiwna i życiowo nieporadna. Pasjonatka literatury odporna na książkową wiedzę - intrygujące, prawda?
Poza tym Francie doskonale wie, że Probert stawia rodzinę na pierwszym miejscu. I przeczuwa, że po ślubie nic się nie zmieni - gdy będzie musiał wybierać między własną żoną a ojcem i siostrami, ich wybierze. Jej obawy są dalekie od optymizmu. Niepostrzeżenie, dzięki "rzędowi francuskich krytyków", Francie również się zmienia. Choć z pewnością nie w tak spektakularny sposób jak Gaston.
Olga: Widocznie stopień oddziaływania literatury na Francie był dość niski. Albo zostawiła w niej tylko to, co chciała przyjąć - wiarę w miłość i ludzką dobroć.
Mówisz, że Francie wie o stosunku Proberta do własnej rodziny. Racja, pogodziła się z tym, że ślub przyniesie zmiany, przeprowadzki i nowych krewnych. Jednak chce ciągać ze sobą siostrę, którą towarzystwo nie jest zachwycone. W ogólnym rozrachunku to nie ona opuszcza swoją rodzinę i, nawet gdyby miała pożegnać się z Probertem na zawsze, taki stan rzeczy bardziej jej odpowiada. Francie zmienia się odrobinę, ale w ramach tego, co już zna. Nie boi się życia, bo zawsze było ono bezpieczne. Probert robi krok do przodu, zostawia rodzinę i robi to, na co Francie nigdy się nie zdecyduje - zaczyna dorosłe życie.
Dużo bardziej niż sama Francie, zastanawia mnie jej związek z siostrą. Delia jest jej zaprzeczeniem, drugą stroną monety. Czy możesz wyobrazić sobie życie jednej bez drugiej? To przecież relacja nieomal symbiotyczna.
Marta: Chodziło mi raczej o to, że Francie, wbrew zapewnieniom narratora, jest przenikliwą osóbką. Nie każdą kobietę, zwłaszcza zakochaną, stać na taki chłodny, racjonalny osąd.

Zgodziłyśmy się, że to Delia nosi w tej rodzinie spodnie - a zarazem usunęła się w cień ładniejszej siostry. Możliwe, że przelała na nią swoje ambicje - podobnie jak rodzice kierują życiem dzieci w sposób, który pozwala zrealizować ich własne, niemożliwe już do spełnienia, marzenia. To silny siostrzany związek, ale chyba nie aż tak niezwykły.
Źródło
Zobacz, jak uniwersalne są tematy, poruszane w "Echu" - siostry jedzą cukrzone kasztany, przesiadując w obitym atłasem saloniku, ale z powodzeniem można sobie je wyobrazić, jak w 2017 przemierzają Pola Elizejskie ze smartfonami i kawą w papierowych kubkach! Pstrykają selfie, rozmawiają o absztyfikantach Francie i skandalu w towarzyskiej rubryce popularnej gazety...
Olga: Podczas lektury traktowałam tę siostrzaną relację jak swojego rodzaju dopełnienie - Delia rozporządza nie tylko życiem siostry, ale także ojca. Francie zaś odgrywa rolę roztrzepanej choć uroczej. I chociaż pozornie mogłybyśmy wyobrazić sobie Delie bez Francie, to starsza siostra bez młodszej byłaby równie bezbronna i zagubiona, co w sytuacji odwrotnej. To miałam na myśli mówiąc o symbiozie - choć Delia psioczy na Francie, jest zależna od jej pogody ducha.
Chociaż nie zgadzamy się co do "wielkości" powieści Jamesa, to w kwestii uniwersalności "Echa" kłócić się nie będę. Wielka zmiana Proberta to temat aktualny dla wielu żerujących na rodzicach pociech, a artykuł Flacka mógłby być równie dobrze złośliwym wpisem na Facebooku. I mimo że odczułam pewien zawód po lekturze "Echa", sam fakt, że powieść została wydana niesamowicie mnie cieszy. Oznacza to przecież, że autor nadal jest czytany, że oddziałuje na czytelnika, który w tych dylematach może odnaleźć otaczającą go rzeczywistość - chociaż, oczywiście, w odrobinę starszych dekoracjach.
Marta: Zatem jesteśmy zgodne co do najważniejszego – że warto Jamesa czytać!